niedziela, 18 listopada 2012

Rozdział 106



Cały piątek przesiedziałam niczym na szpilkach. Chodziłam z kąta w kąt odliczając godziny do wielkiego dnia. Zarówno Harry jak i chłopcy, którzy przyszli z nim śmiali się ze mnie nie rozumiejąc moich nerwów. Bezczelnie śmiali się ze mnie opowiadając jak się ubiorą. Niall powiedział, ze chciałby założyć różowy garnitur na co posłałam mu mordercze spojrzenie.
I w końcu nastało to co tak wyczekiwałam- sobotni poranek.
- No gdzie ona jest?- wierciłam się podchodząc od okna do okna.- Powinna już tu być z tą sukienką- powiedziałam siadając na łóżku i nerwowo gryząc kukurydzianego chrupka.
- Jak będziesz się tak denerwowała to jeszcze nam padniesz nim dojedziemy do kościoła- zaśmiał się lekarz wchodząc do Sali- Jak się czujesz?-
- Nie licząc lekkiego stresu i strachu to wyśmienicie. Naprawdę czuję jakby same myśli o tym co wydarzy się za 5 godzin i 48 minut dodawał mi siły. Widać, że się denerwuję?- zapytałam a zarówno lekarz jak i siedząca nieopodal mnie Gemm kiwnęli głową.
- Jestem!- wpadła nagle Rosie- Strasznie Cie przepraszam! Korki kochana- wyjaśniła kładąc biały pokrowiec na łóżku
- Już mnie tu nie ma. Teraz to się będzie działo- mężczyzna zaśmiał się i wyszedł
- To ona?- zapytał delikatnie rozsuwając pokrowiec- Rosie kiwnęła głową ściągając płaszcz. Moim oczom ukazał się biały, zwiewny materiał. W świetle lamp delikatnie połyskiwał dając wyobrażenie małych brylancików na trenie.- Przepiękna- szepnęłam dotykając sznurków gorsetu, materiału, który w dłoniach był niczym jedwab…. Była idealna...
- Dobra, dobra kochana. Ty się już nam tak nie rozczulaj tylko trzeba się zacząć ubierać bo przed nami mnóstwo pracy- rzekła Gemma i wyjąwszy suknię z pokrowca powiesiła ją na wieszaku. Następnie wyjęła buty, kosmetyki i czego tylko dusza zapragnęła.
Po chwili stałam przed nimi w samej bieliźnie a dziewczyny pomagały założyć mi suknię. Czy mogłam sobie wyobrazić szczęśliwszą chwilę? Chyba nie…

- No Harry- ponaglałem chłopaka, który siedział na łóżku w białym podkoszulku i czarnych skarpetkach- Na co czekasz? Garnitur wisi w szafie- ugryzłem jabłko
- Boję się.- powiedział i spojrzał na mnie
- Ej chyba nie chcesz mi powiedzieć, ze masz wątpliwości. Harry…- usiadłem na łóżku obok niego
- Nie Lou, nie. Ja po prostu…. Dopiero teraz dotarło do mnie to, że za te kilka godzin będę miał żonę. Jak to w ogóle brzmi? Żonę? Spodziewałbyś się czegoś takiego? Bo ja na pewno nie- nerwowo się zaśmiał
- Szczerze? Tak. Gdzieś wewnątrz mnie czułem, że to właśnie Ty pierwszy się uspokoisz i będziesz myślał o poważnym związku. Damy radę- położyłem mu na nodze rękę
- Ej ja nie chcę nic mówić ale przed domem jest kilku…. No może kilkunastu dziennikarzy, którzy domagają się spotkania z Tobą.- do pokoju wbiegł Niall który jak zwykle coś zajadał.
- To się ubieram. W końcu nie wypada spóźnić się na własny ślub- Harry spojrzał na mnie i jego twarz rozjaśnił uśmiech.- Mam nadzieję, że nie zemdleje- chwycił garnitur i udał się do łazienki.
- Niall. Chodź musimy im powiedzieć, że wywiadu mogą obydwoje udzielić po całej ceremonii- powiedziałem do blondyna i po chwili zostaliśmy zalani falą fleszy.

Czas biegł nieubłaganie. Wskazówki jakby uciekały przed czymś, tak się spieszyły. Dziewczyny właśnie mnie czesały gdy do Sali weszła Nancy, 9-letnia dziewczynka, która leżała kilka Sali ode mnie. Od czasu do czasu zaglądałam do niej lub też odwrotnie to ona do mnie.
- Wow…- wyszeptała i usiadła na moim łóżku- Jesteś taka śliczna- delikatnie dotknęła rogu mojej sukni- Jak dorosnę to chcę być taka piękna jak Ty- podeszła i delikatne mnie przytuliła jakby bała się, że może mnie pobrudzić
- Jesteś kochana- powiedziałam a w oczach pojawiły się łzy. Głos lekko mi się załamał
- No nawet nie płacz! Moja praca pójdzie na marne Em!- wrzasnęła Rosie i w przeciągu kilku sekund znalazła się obok mnie i mocno mnie wachlowała aby łzy odeszły jak najdalej.
- No już Rosie, już już- uśmiechnęłam się czując się już nieco pewniej pod powiekami- Nancy, otwórz tę pierwszą szufladkę i weź sobie tę dużą czekoladę- powiedziałam na co na twarzy dziewczynki pojawił się promienny uśmiech. Po chwili w drzwiach stanęła jej mama i uśmiechnęła się
- Przepięknie wyglądasz…- powiedziała a jej córka chwyciła jej rękę - Nancy pożegnaj się bo idziemy na badania
- Pa Emmo!- podeszła i jeszcze raz mnie przytuliła- Tylko nie szalej!- zaśmiałyśmy się kobieta wraz z dzieckiem opuściły salę.
- No w końcu!- powiedziała Gemma i wraz z Rosie usiadły na łóżku.- Harry jeszcze Cię takiej nie widział. Chłopakom oczy wyjdą z orbit jak Ciebie zobaczą- uśmiechnęła się
- No właśnie. A kiedy oni będą?- zapytałam podnosząc się
- Właściwie to mogą już zaraz przyjechać ale umawialiśmy się na 15.00 wiec mamy godzinę dla siebie Gemm- uśmiechnęła się Rosie.
Poszłam do łazienki i nie mogłam uwierzyć, ze ta dziewczyna, którą widzę w lustrze to ja. Miałam delikatny makijaż powiększający moje oczy. Nie był w żaden sposób za mocny, nie miałam wielu kolorów na powiekach ani też tony podkładu. Dla mnie makijaż był wykonany perfekcyjnie. Fryzura? Tu Gemma spisała się na medal. Włosy były upięte, ale w jaki bajeczny sposób? Tworzyły coś na kształt korony.. Nie wyobrażałam siebie tak ładnej i w pewien sposób pociągającej tym bardziej w takim stanie w jakim obecnie się znajduję
- No i może być?- zapytała Gemma stająca w drzwiach
- Ty się mnie pytasz czy może być? Kobieto! To co ze mną zrobiłyście to mistrzostwo!- powiedziałam i przytuliłam obydwie naraz- No a teraz chwila dla was. Ubierajcie się, róbcie co macie robić i jedziemy do kościoła!- wypowiedziałam entuzjastycznie i ciągle patrząc na suknię usiadłam na łóżku.

- No Harry! Wychodź z tej łazienki bo i my chcemy się ubrać- zajęczał pod drzwiami Liam. Założyłem marynarkę i poprawiłem włosy. Spojrzałem w lustro i ujrzałem niezbyt pewnego siebie Harry’ego Styles’a. Czego ja się w ogóle obawiałem? Przecież to nasz ślub, nic złego się stanie, nic złego nie powiem, nic nie zrobię źle. – Harry!- wrzasnął Niall. Spojrzałem po raz ostatni w lustro i wyszedłem z łazienki
- No już! To w końcu ja muszę wyglądać perfekcyjnie nie wy- zaśmiałem się
- Napisałeś przysięgę?- zapytał mnie Zayn niosąc swój garnitur
- Przysięgę?- zapytałem przestraszony
- No to co chcesz jej przysięgnąć. Wiesz w zdrowiu i chorobie i takie tam bzdety
- Nie napisałem nic takiego. Sądziłem, że to ksiądz mówi- powiedziałem i chwytając kartkę oraz długopis zszedłem na dół.
- Jezu a obrączki!- wrzasnąłem sam do siebie i zacząłem klepać się po kieszeniach
- Spokojnie, wszystko jest- powiedział siedzący w salonie James. Nawet go nie zauważyłem więc zdziwienie miałem wymalowane na twarzy. Mimo to odetchnąłem z ulgą, nie wiem co bym zrobił bez tych małych złotych kółek
- Co piszesz?- chłopak podszedł do mnie- Pusta kartka? Ciekawie.- uśmiechnął się
- Wiesz… Przemówienie- powiedziałem i napisałam Emmo.- Nie dam rady- przyznałem się
- Ty nie dasz rady? Harry, kto jak kto ale Ty dasz radę. Pomyśl sobie, że to kolejny hit na waszą płytę, napisz wszystko od serca- rzucił brunet a mnie olśniło. No jasne, to miało być jak piosenka. Zacząłem pisać…..

- No gdzie oni są?- wściekała się Gemma chodząc po Sali i niczym ja kilka godzin temu wyglądała przez okna
- Harry nie odbiera- powiedziałam- Spokojnie, zaraz będą- powiedziałam czują lekkie mdłości i delikatny ucisk na żołądek.- Chyba zaraz zwymiotuję- wypowiedziałam i zamknęłam się w łazience. Zamknęłam kibelek i usiadłam na nim. Powachlowałam sobie dłońmi przed twarzą. Drżącymi rękoma rozprostowałam małą niebieską kartkę na której miałam napisane część, w gruncie tę większą część przysięgi. Dotknęłam brzucha i uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Nie mogłam w to uwierzyć że to już dziś, że to właśnie ten dzień.
- No w końcu Harry!- usłyszałam a serce podskoczyło mi do góry i zaczęło mocniej bić- Martwiliśmy się o Ciebie. Gdzie chłopaki?
- Będą czekać pod kościołem, gdzie Emma?- zapytał wyraźnie przestraszony chłopak
- W toalecie- usłyszałam głos Rosie. Wstałam i spojrzałam po raz ostatni na swoje odbicie. Pierwszy raz martwiłam się o to co powie Harry gdy mnie zobaczy. Czy właśnie o to chodziło by jemu się przypodobać? To było dosyć dziwne szczególnie patrząc na ostatnie dnie gdy paradowałam przed nim ubrana w szeroką, białą koszulę i nie miałam makijażu. Wzięłam głęboki wdech i opuściłam pomieszczenie. Pierwsze co zobaczyłam to jego tył a dopiero potem jego twarz, która mówiła mi wszystko.

Nagle usłyszałem otwierane drzwi toalety i odwróciłem się. Przede mną stała Emma… Zaparło mi dech w piersiach. Wyglądała jak…. Jak księżniczka wyjęta prosto z książki.. Była spełnieniem moich największych marzeń! Ba! Nawet nigdy nie marzyłem, że taka dziewczyna może stać się moją żoną!
- Nie podoba Ci się?- zapytała mnie wyraźnie denerwując się
- Nie! Kochanie! Wyglądasz cudownie!- przytuliłem ją mocno- Naprawdę. Jesteś najpiękniejszą Panią młodą jaka kiedykolwiek stąpała po tej ziemi.- dziewczyna uśmiechnęła się
- No starczy tego słodzenia. Jedźmy bo w końcu się spóźnimy- zamruczała Gemma
- Kocham Cię- powiedziałem i delikatnie musnąłem jej usta moimi
- Ja Ciebie również Harry- odpowiedziała i chwyciła moją dłoń.- Jedźmy- uśmiech nie schodził jej z twarzy. Mimo wszystko ani razu nie pomyślałem o tym, że wkrótce zabraknie jej obok mojego boku.

Gdy przyjechaliśmy pod kościół wokół pałętało się mnóstwo ludzi z aparatami. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze wysiąść gdy flesze zaczynały migać.
- Nie cierpię tego- wycedził Lou poprawiając krawat
- A kto to lubi? Kochany. Właśnie przeczytałem, że ślub Harry’ego i Em ma być największym wydarzeniem kulturowym tego roku w całej ANGLII.- powiedział Niall chowając swój telefon do wewnętrznej części garniaka.
- No chodźmy- powiedział Liam i otworzył drzwi. Po chwili staliśmy już na zimnie i ślicznie uśmiechając się daliśmy kilka minut dla wszystkich ludzi z aparatami. To wszystko było takie męczące…. Chwała Harry’emu za to, że załatwił przejście do kościoła i postawił naszych ochroniarzy by pilnowali jako takiego porządku.

- Harry denerwuję się- rzekła Emma i zaczęłam bawić się dłońmi- Cieszę się jak nie wiem ale boję się. Sama nie wiem czego ale się boję. Chce mi się śmiać i płakać, chce mi się jeść a zarazem jest mi niedobrze. Powiedz, że Ty też się denerwujesz- spojrzała na mnie a ja w końcu ujrzałem jej twarz. Mógłbym się na nią patrzeć całymi godzinami, dniami, latami…. Była taka śliczna…. Jednak choroba nie odebrała jej tego co wydawało mi się oczywiste podczas raka- nie odebrała jej urody.
- Tak Em ja też się denerwuje i znając życie to bardziej od Ciebie ale kochanie, za chwilę będzie już po wszystkim.- uśmiechnąłem się i pocałowałem ja w policzek. Dobrze, ze Gemma nie jedzie z nami. Zaraz krzyczałaby, że zepsuję jej makijaż.
- Powiedz Harry, że mnie kochasz- w jej oczach pojawiło się przerażenie i strach gdy nasza limuzyna zatrzymała się tuż przed wejściem do kościoła, które naprawdę wyglądało imponująco
- Kocham cię kochanie moje- powiedziałem i drzwi się otworzyły. Uśmiechnęliśmy się do siebie i powoli ruszyliśmy w stronę kościoła.

Dookoła nas błyskały flesze. Ludzie krzyczeli, że wyglądamy pięknie, że na takie śluby warto czekać, że życzą nam wszystkiego dobrego. Gdybym wiedziała, że tak to będzie wyglądać nie powiedziałabym mu, ze chcę ślubu z rozgłosem…. Stanęliśmy na chwilę aby nasz fotograf mógł nam zrobić kilka zdjęć. W drzwiach kościoła ujrzałam chłopaków, którzy wyglądali jakby mieli się zaraz popłakać. Ich widok dodał mi otuchy i po kilku minutach byliśmy już w kościele.

- Em!- Jess podbiegła do mnie i mocno mnie przytuliła- Wyglądasz, wyglądasz…- rozpłakała się- Szlag trafił mój makijaż
- Wyglądasz perfekcyjnie- dokończył za nią Cris
- o Cris!- przytuliłam mocno brata- Jak dobrze was widzieć- pocałowałam jego policzek.
- Pozwól, że Ci przedstawię…- zza jego pleców wyłonił się przystojny mężczyzna- To jest brat Lucy, Drake. – mężczyzna przytulił mnie. Czy to naprawdę był brat mojej mamy? – Postanowiliśmy wziąć go ze sobą bo wiemy, że nie ma kto Cię zaprowadzić do ołtarza.- rozejrzałam się dookoła aby zobaczyć reakcję Harry’ego. Nie było go tutaj. Spojrzałam w kierunku wnętrza kościoła, stał i rozmawiał z moim lekarzem.
- Dziękuję wam za to- uśmiechnęłam się- Chyba czas zaczynać.- szczęśliwa a zrazem wystraszona chwyciłam mężczyznę pod rękę. Ksiądz skinął głową i organista zaczął grać Marsz Mendelsona. Oczy wszystkich zgromadzonych w kościele zostały skierowane właśnie na nas. Drake spoglądał na mnie a ja czując się najszczęśliwszą osobą na świecie starałam się każdemu to pokazać. W pewnym momencie spojrzałam na Harry'ego. Chłopak był niesamowicie przejęty tym co zaraz się ma zdarzyć. Posłałam mu ciepły uśmiech i w końcu mogłam podać mu drżącą rękę, która była oznaką mojego strachu....

- (…) Ja Harry Styles uroczyście przysięgam na świadków biorąc gości, że kochać Cię będę mocno i dochowam wierności. Nie ważne czy w zdrowiu czy w chorobie ja zawsze będę przy Tobie. Z każdym dniem kochać Cię będę coraz mocniej, nigdy nie zapomnę tego ile dla mnie zrobiłaś… Każdego ranka będę budzić Cię pocałunkiem, będę dbać o nasze dziecko, będę przy was czuwać. Obiecuję, że zawsze w moim sercu będziesz Ty, do końca moich dni. Przyrzekam Ci, że zawsze będę dla Ciebie, zawsze będziesz mogła ze mną porozmawiać o wszystkim a ja, niczym najlepszy przyjaciel będę się starał pomóc Tobie. Jedyne czego możesz pewna to, to, że nigdy Cię nie opuszczę- chłopak pocałował obrączkę i założył mi ją na drżący palec. Spojrzałam na jego twarz a on odetchnął z ulgą. Drżącymi rękoma otworzyłam kartkę i praktycznie na nią nie patrząc zaczęłam mówić
- Ja Emma Novak przyrzekam Tobie, że będę kochać Cię najmocniej jak będę potrafiła, zarówno w zdrowiu jak i w chorobie, bogactwie jak i w biedzie, smutku lub radości. Ponadto przyrzekam Ci być wierną do końca moich dni. Postaram się nigdy Cię nie zawieść a gdy przyjdą takie chwile postaram się zarówno śmiać jak i płakać wraz z Tobą. Wiem Harry, że między nami nie jest idealnie ale będę się starała o to aby nasz związek był jak najlepszy. Będę pilnowała aby to uczucie nigdy nie zgubiło się podczas tego całego zgiełku. Po prostu kocham Cię i chcę być z Tobą do końca- chwyciłam obrączkę i delikatnie muskając ją ustami założyłam ją na palec brunetowi. Jego palce ścisnęły moje i spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Co Bóg złączył człowiek niech nie rozdziela- powiedział ksiądz zdejmując stułę z naszych rąk- Możesz pocałować Pannę Młodą- Harry uśmiechnął się do mnie i już po chwili jako małżeństwo złożyliśmy symboliczny pocałunek na naszych ustach. To było niczym magia. -Poczułam, że naszą miłość w tym momencie mogą poczuć wszyscy znajdujący się w tym kościele. Ona była jak perfumy. Rozchodziła się szybkim tempem w powietrzu i podobała się każdemu.
Dookoła nas rozległy się brawa. Spojrzeliśmy na ludzi. Mama Harry’ego a właśnie również moja mama płakała. Tak samo było z Jess, Rose, Gemmą, Jay i wieloma innymi kobietami, które tutaj były. Spojrzałam na chłopaków. Niall wycierał chusteczką oczy… Bardzo mnie wzruszył widok płaczącego ze szczęścia przyjaciela… Zayn tak samo jak i pozostali uśmiechał się do mnie.
Spojrzała na Harolda. Pociągnął mnie i po chwili byliśmy już na zewnątrz kościoła i zaczynaliśmy przyjmować życzenia na nową drogę życia.

Dlaczego ona musiała wyglądać tak idealnie? Tak niesamowicie, tak ślicznie, tak cudownie? Nie potrafiłem tego pojąć co działo się z moim ciałem gdy ujrzałem ją. Serce waliło mi niczym po niezwykle długim maratonie, dłonie zaczęły mi się pocić a w oczach pojawiły się łzy.
Słuchając jej przysięgi zdałem sobie sprawę z tego, że utraciłem ją już na zawsze…. Mimo bólu w sercu cieszyłem się, że znalazła swoje miejsce na świecie i chociaż przez dzisiejszy dzień nie musi myśleć o tej chorobie.
- Em…- zacząłem patrząc na nią. Dałem Harry’emu zapakowane pudełeczko- Chcę Ci życzyć….- miałem pustkę w głowie- Chcę Ci życzyć wiary w siebie. Chcę abyś zawsze była szczęśliwa i aby za każdym razem Twój uśmiech dodawał mi nadziei. Życzę Ci abyś nigdy nie płakała….- pocałowałem ją w każdy policzek
- Zayn.. Dziękuję- mocno mnie przytuliła- Jesteś najlepszym przyjacielem pod słońcem- uśmiechnęła się do mnie a ja odwzajemniłem to. Mimo wszystko chciałem aby była z tym naszym Haroldem najszczęśliwsza.

Około 18.00 opuściliśmy plac kościoła. Byliśmy zmęczeni słuchaniem w kółko tego, że mamy być szczęśliwi, że mamy dbać o nasz związek i cieszyć się miłością… Było to strasznie przejedzone i szczerze powiedziawszy nie mogłam doczekać się chwili samotności.
- Udało się co?- zapytał mnie Harry gdy siedzieliśmy już w aucie i jechaliśmy do domu weselnego, który wybraliśmy
- Oj udało się kochanie- chwyciłam go za dłoń
- Dobrze się czujesz?- zapytał mnie a w jego oczach pojawiła się niebywała troska i radość
- Harry… Jestem lekko zmęczona to wszystko. Już nie musisz się tak o mnie martwić mój mężu- zatopiłam swoje usta w jego
- Muszę o Ciebie się martwić, w końcu to Ci obiecałem moja żono- poczułam jak się uśmiecha
- Harry…. Ja chcę z Tobą spędzić znacznie więcej czasu niż te kilka dni, które mi zostały…- powiedziałam nagle uświadamiając sobie jak wiele tracę.
Czy naprawdę musiało do tego dojść? Czy naprawdę musiałam go aż tak bardzo zranić? Przecież ten ślub, to wesele będzie dla niego najgorszym przekleństwem gdy już mnie tu nie będzie…. Kilka łez spłynęło mi po policzkach.
- Ciii… Em nie mysl teraz o tym. Żyjmy chwilą kochanie. To jest nasz dzień.- otarł mi łzy.- A teraz chodź, czeka nas nasz pierwszy taniec.- uśmiechnął się, podał mi dłoń i po chwili byliśmy już w lokalu.

- Witamy naszych nowożeńców!- krzyknął ktoś i muzyka popłynęła z głośników. Jakaś kobieta podeszła do nas niosąc dwa kieliszki z wódką. Jak się okazało w moim była woda wiec szybko opróżniliśmy szkło i przerzuciliśmy za siebie. Rozległ się oczekiwany przez nas dźwięk. Wszyscy zaczęli klaskać a my ruszyliśmy na środek parkietu. Podano mi mikrofon.
- Witam wszystkich. Bardzo cieszy mnie to, że jesteście i cieszycie się razem z nami tym jakże ważnym dla nas dniem. Bardzo wam dziękuję za piękne życzenia i za to, że jesteście dla nas…-
- Tak- zaczął Harry- Bardzo wam dziękujemy. Naprawdę dla nas znaczy to bardzo dużo tym bardziej, że to nasz pierwszy ślub- wybuchliśmy śmiechem- Jakbyśmy coś robili źle proszę nas poprawić- Harry oddał mikrofon i z głośników popłynęła spokojna muzyka. Zaczęliśmy tańczyć.
Był to walc angielski. Najpiękniejszy taniec jaki nosiła matka ziemia. Chłopak patrzył mi prosto w oczy i co więcej ani razu nie stanął mi na stopę!
- ćwiczyłeś?- zapytałam ciągle patrząc mu z oczy
- Tak, w kuchni wraz z James’em- zaśmiał się- Nie miał chłopak łatwo- spojrzałam i wszyscy dookoła nas tworzyli koło. Byłam dumna z mojego męża. Sprawił, że ten dzień okazał się dla mnie pełen niespodzianek i bezgranicznego szczęścia.

* Kilka godzin później*
Wszyscy bawili się bardzo dobrze, może nawet za dobrze. Miałam już za sobą taniec z każdym z mężczyzn zgromadzonych na tej Sali. Kto był najlepszym tancerzem? James i Niall. Im jako nielicznym nie brakowało rytmu i nie uszkodzili moich biednych stóp. Orkiestra cały czas grała więc parkiet był non stop zajęty. W pewnym momencie pojechaliśmy wraz z Harrym na sesję więc mogliśmy odpocząć od tego zgiełku. Dochodziła pierwsza gdy Harry wraz z chłopakami wdrapał się na scenę i zaczął mówić:
- Em… Chcieliśmy dać Ci w prezencie naszą nową piosenkę, Little Things. Chłopcy…- zaczęła lecieć muzyka.
Słowa tej piosenki wyjątkowo trafiały do mojego serca. Były tak niesamowicie trafne, pełnie miłości i pozytywnego zabarwienia, że w pewnym momencie zaczęłam płakać. Gdy Niall zaczął śpiewać moje serce zaczęło mocniej bić. Nigdy nie przypuszczałam, że ten chłopak ma taki głos… Patrzyli wprost na mnie i ślicznie się uśmiechali. Córcia zaczynała mnie kopać jakby w rytm granej przez nich muzyki.
To był chyba najpiękniejszy prezent jaki kiedykolwiek dostałam.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Macie naszego ślicznego Zayn'a:)
Jej... Ten rozdział wydusił ze mnie tyle łez.
Nasza Em dorosła! Masakra jakaś :)
Wiecie zaczynam żałować, że jeszcze zostało mi tylko 4 rozdziały do publikacji...
Ale pocieszę was, mimo tych nieprzychylnych komentarzy stworzę coś nowego ale powoli, póki co mam jeszcze to i drugie opowiadanie:D
Jak wam się podoba? Mi osobiście bardzo... Aż za bardzo:P
Kolejny rozdział w środę a póki co muszę ochłonąć :)
Kocham, Magda :)
 

sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 105



. – Coś Ty najlepszego zrobił?!- Gemma rzuciła się na mnie już od progu- Wiesz coś narobił?!-
- Poczekaj, powoli. O co chodzi?- zapytałem spokojnie doskonale wiedząc co ma na myśli. Postawiłem na podłodze siatki z zakupami i zacząłem się rozbierać
- Jak o co mi chodzi?! Ty chyba kpisz sobie ze mnie tak?!-  oczy o mało nie wyszły jej z oczodołów
- Chodzi Ci o ten krótki wywiad przed sklepem?- dalej ją drażniłem idąc powoli do kuchni. Po chwili układałem już rzeczy w lodówce
- Tak o to właśnie mi chodzi. I jak możesz być taki spokojny? No jak Harry?-
- Ale czemu Ty się tak denerwujesz? Przecież powiedziałem im tylko o dwóch rzeczach. Nic więcej. Nie wiem o co robisz tyle krzyku….-
- Co Ty robisz ze swoim życiem Harry? Spójrz na siebie, cofasz się wstecz. Spędzasz godziny patrząc się na jej zdjęcia- otworzyła szafkę i wyjęła kosz na śmieci- Pijesz Harry! Jak możesz!- jej mina była przepełniona troską o moje życie i zdrowie. Poczułem narastającą we mnie złość.. Co nie zrobię to wszystko źle. Chcę jechać do niej- źle. Siedzę w domu- źle. Nie mówię nic- źle. Mówie- źle. Cholery można dostać!- Gdyby tylko Em tu była…- zaczęła siostra
- Ale jej tu nie ma więc o niej nie mów! Nie po to tutaj przyjechałaś aby mi teraz prawić jakieś nauki moralne. To jest moje życie i to moja sprawa co z tym robię! Emma tu wróci i wszystko będzie dobrze…- krzyknąłem
- Harry ona umiera! Nie rozumiesz tego?! Z każdym dniem jest coraz bliżej swojego groby a Ty zamiast siedzieć z nią i ją wspierać wolisz zaszyć się w swoich ścianach!- dziewczyna wybuchła złością nie mogąc znieść mojego ,, niedojrzałego” zachowania.
Poczułem jakby ktoś wylał na moją głowę wiadro lodowatej wody. Pierwszy raz, od momentu w którym Emma trafiła do szpitala, ktoś nie bał się i uświadomił mi, że z każdym dniem ona zbliża się do tego ostatecznego dnia. To było jak najmocniejszy policzek w twarz.
- Harry ja… jejku przepraszam.- dziewczyna chwyciła się za twarz jakby chcąc nie powiedzieć więcej nic złego- To wszystko przez te butelki i Twój lekceważący ton. Ciągły stres już daje o sobie znać a ja..-
- Daj spokój. Masz rację. Tutaj nie ma i ni będzie cudu. Ona umrze, i to całkiem za niedługo- powiedziałem i szybkim krokiem skierowałem się do naszej sypialni
- Harry!- usłyszałem za sobą ale nie miałem ochoty jej słuchać. Musiałem chwilę pobyć sam.

Doktor od kilku minut przyglądał się mojemu wynikowi badań. Przeglądał kartki, dzwonił gdzieś, sięgał do książki i ponownie dzwonił. Mówił językiem całkiem dla mnie niezrozumiałym więc próba podsłuchania rozmowy lub choćby podchwycenie jej wątku szła na marne. Siedziałam i głaskałam swój brzuch gdy nagle zadzwonił Harry.
- Proszę śmiało odebrać.- powiedział lekarz nie odrywając wzroku znad białych kartek.
* rozmowa*
- Tak?- zapytałam lekko drżącym głosem
- Cześć kochanie…- usłyszałam jego cudowny, ciepły głos- Jak się dziś czujesz?-
- Jakby z dnia na dzień coraz lepiej- skrzywiłam się- Wydaje mi się, że trochę sił mi przybyło więc może pójdziemy na spacer dookoła szpitala jak w końcu mnie odwiedzisz- usłyszałam jego lekki szloch. Czyżby on płakał?- Wszystko w porządku?-
- Tak Em, tak. Siedzę i oglądam naszej zdjęcia i tak jakoś wszystko napędziło machinę wspomnień. Oczywiście, że pójdziemy. Jutro rano przyjadę do Ciebie i cóż dużo mówić, od rana do samego wieczora jestem Twój- uśmiechnęłam się na samą myśl spędzenia z nim całego dnia- Gemma jest u nas i próbuje jakoś mnie podnieść na duchu ale coś jej to nie wychodzi.- chłopak zaśmiał się nerwowo. Kłamał.- No a poza tym byłem na zakupach i ona posprzątała u nas. Kazała mi się doprowadzić do porządku i oto jestem- niczym młody bóg!- zaśmialiśmy się oboje. Gdzieś w głębi serca poczułam ulgę, która wydawała się sprawczynią uśmiechu na twarzy
- A jak chłopaki?- zapytałam spoglądając na lekarzy szepczących obok mnie. Mieli niewesołe miny….- Wszystko dobrze? A jak praca?-
- Praca jak praca. Mimo iż wiele jej nie ma fanki potrafią wycisnąć z nas ostatnie krople potu. Wiesz Em chciałem Cię o coś spytać…- zaczął Harry a ja go już nie słuchałam lekarz machał na mnie ręką więc musiałam kończyć
- Harry zadzwonię do ciebie za niedługo dobrze?- zapytałam i nie czekając na odpowiedzieć rozłączyłam się

- No to już wiemy moja droga co tam się dzieje- oznajmił ten, którego nie znałam- A tak w ogóle nazywam się Jack, Jack Sebold.- podał mi dłoń
- Wszystko dobrze? Panowie nie wyglądają na zadowolonych…-
- Jakbyś się podjęła chemioterapii mielibyśmy znacznie weselsze miny ale tak to o…- czyli zaczynało być nie za dobrze- W węzłach chłonnych pojawiły się drobne zmiany tzw. Przeżuty, które świadczą o tym, że Pani organizm się poddaje. Nie ma siły walczyć z tą chorobą- wyjaśnił dr. Sebold- Możemy je wyciąć ale…-
- Ale jaki jest tego sens?- zapytał lekko wytrącona z równowagi- Przecież i tak umrę a poza tym dla mnie nie ma już ratunku. Sam Pan powiedział, że mój organizm się poddaje.-
- Zawsze możesz podjąć się chemioterapii- wyjaśnił mój lekarz- jeszcze nie jest za późno-
- Wydaje mi się, że wyjaśniliśmy sobie tę kwestię Panie Doktorze- spojrzałam na niego spod byka
- W takim razie mamy związane ręce. Nie chcesz się na nic zgodzić, naprawdę chcesz umrzeć?!- młodszy z lekarzy najwyraźniej mnie nie rozumiał
- Pozwoli Pan, że tę kwestię zatrzymam tylko i wyłącznie dla siebie.- odrzekłam spokojnie.- Jest coś jeszcze o czym powinnam wiedzieć?- zapytałam czując, że za chwilę zostanę wyprowadzona przez nich z równowagi
- Z dzieckiem wszystko dobrze. No i…- spojrzeli na siebie- Nie wykluczamy tego, że będziemy chcieli wywołać nieco wcześniej poród. Jeśli rak będzie się tak szybko rozprzestrzeniał i pozbawiał Cię w takim szybkim tempie siły…. Nie będziesz mogła sama urodzić. Wiemy, że zawsze pozostaje cesarskie cięcie ale nie chcemy tego zostawiać na ostatnią chwilę.- kiwnęłam głową na znak zrozumienia- Ponadto musisz liczyć się z ryzykiem śmierci po samodzielnym porodzie….- moje serce skurczyło się mocno kilka razy
- Co to ma znaczyć?- zapytałam łapiąc się za serce, które coraz szybciej pompowało krew
- Możesz nie zobaczyć swojego dziecka, umrzesz na skutek wycieńczenia.- zrobiło mi się ciemno przed oczami
- Emmo!- usłyszałam nim wszystko znikło mi sprzed oczu.

* Następnego dnia rano*
Do Sali wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha Harry. W ręku trzymał bukiet herbacianych róż i teczkę.
- Chodź tu chodź tu szybko!- machałam w jego kierunku rękoma. Gdy podszedł rzuciłam się mu na szyję i zaczęłam składać delikatne pocałunki- Ale się stęskniłam za Tobą no!- uśmiechnęłam się.- Tylko wszedłeś i od razu wrócił mi humor- pocałował mnie czule- A tego to mi brakowało najbardziej.- rozmarzyłam się.
- Naprawdę?- zrobił śmieszną minę. Pokiwałam głową- Róże dla mojej kobiety- wstawił je do stojącego na stole wazonu
- Dziękuję- szepnęłam chcąc sięgnąć po kubek z wodą
- No nie możesz poczekać?- brunet podszedł do mnie i podał mi ów kubek- Nic a nic się nie zmieniłaś….- wybuchliśmy śmiechem.
- No to co chciałeś mi wczoraj powiedzieć?- zapytałam przypomniawszy sobie naszą wczorajsza rozmowę
- Ymmm… No właśnie.- chwycił teczkę i położył się obok mnie- Pamiętasz, że mieliśmy się pobrać?- zapytał
- Harry ale…- zaczęłam
- Poczekaj. Wiem, że była u Ciebie Rosie i wybrałyście suknię. Wiem o tym bo sam ją o to porosiłem…- skrzywił się a mi zaczęło się wszystko nagle układać w głowie- No i wczoraj byłem z chłopakami i Gemmą po garnitur. Nie myśl Em, że ja zrezygnuję z Ciebie i z tego małżeństwa. Nie ma mowy. Chcę się z Tobą ożenić i dlatego przyniosłem to.- otworzył teczkę i moim oczom ukazało się wiele ulotek domów weselnych.
- Harry chyba nie sadzisz, że mnie wypuszczą stąd ot tak sobie.- powiedziałam myśląc, że chłopak oszalał ze szczęścia
- No właśnie dlatego tu jestem i pójdę do Twojego lekarza by wszystko załatwić- uśmiechnął się- Zgadzasz się na cos takiego?- zapytał
- Oczywiście głuptasie- pocałowałam jego dłoń- Tylko kiedy?-
- Jak najwcześniej. Chciałbym aby to była ta sobota lub niedziela…- wyszeptał
- Co?! To już za…- skoro dziś jest czwartek to już za…- to za dwa lub trzy dni!- spojrzałam na niego- Przecież to się nam nie uda…-
- Nie ma rzeczy niemożliwych skarbie- podniósł się- Idę teraz do Twojego lekarza by wszystko z nim załatwić a Ty, jak możesz i masz siłę, przejrzyj tę makulaturę.- kiwnęłam głową, dostałam buziaka i zabrałam się za przeglądanie tego.
Nie wierzyłam w to, że za kilka dni miałam stać się Panią Style’s.

Uff…. To co najgorsze to chyba już za mną- pomyślałem opuszczając jej salę- Zgodziła się a więc połowa sukcesu za mną. Oby tylko lekarz był przychylny mojemu pomysłowi…
- O witam Pana Panie Styles!- doktor podał mi rękę. Czułem się całkowicie swobodnie w jego gabinecie….- Przyszedł Pan porozmawiać o stanie Pańskiej narzeczonej?- zapytał szukając jej karty
- Właściwie tak, chociaż nie do końca- powiedziałem
- Nie do końca? Co mam przez to rozumieć?- zaprzestał szperania w dokumentach
- Jak Pan sam wie jesteśmy zaręczeni i cóż… Chcemy się pobrać jak najszybciej, wie Pan nim ona…- to słowo nie chciało przejść mi przez gardło. Lekarz kiwnął głową- Dlatego przyszedłem się spytać czy Emma mogłaby opuścić na kilka godzin szpital.-
- Wykluczone. Jest za słaba.- oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu
- Ale jak to? Przecież ona mówi, że dobrze się czuje, że jest w miarę stabilna i ma coraz więcej siły…-
- Wierzy Pan w to? Ona kłamie. Jej wyniki są drastyczne! Wczoraj nam zemdlała. Może to i prawda, że ma więcej sił niż kilka dni temu ale to nie zmieni tego, że w jej ciele zaczęły pojawiać się przeżuty- ścięło mnie z nóg. Zapewne gdybym stał, upadłbym na ten jego czerwony dywan..
- Jak to przeżuty?- zapytałem nie do końca rozumiejąc
- Jej organizm nie ma już siły aby walczyć i w węzłach chłonnych zaczęły pojawiać się drobne zmiany. To jest normalnie Panie Harry.- spuściłem głowę w dół. – Musi Pan przyswoić tę myśl, że ona może umrzeć w każdej chwili…- powiedział spokojnie jakby go w ogóle to nie ruszało. Spojrzałem na niego
- Dlatego właśnie chcę się z nią pobrać, nim będzie za późno. Chcę by nasze dziecko miało chociaż prawdziwego ojca…- rzekłem czując w oczach łzy- Proszę nam pozwolić.. Tutaj chcemy się pobrać w tej katedrze obok szpitala…. Jest Pan zaproszony. Niech Pan weźmie kilku ratowników, nie wiem lekarzy i jak coś by się działo zabierzecie ją. Proszę.-
- Kiedy i gdzie?- zapytał łagodnie się uśmiechając
- Naprawdę?- zapytałem a mój poziom szczęścia podniósł się raptownie do góry. Lekarz kiwnął głową- Kiedy i gdzie? Powiem Panu za kilka godzin tylko musimy wszystko załatwić. Dziękuję!- krzyknąłem i najszybciej jak potrafiłem opuściłem jego gabinet. Wbiegłem do jej Sali, z uśmiechem na twarzy ale jej tam nie było.
- Em?- zapytałem ale odpowiedziała mi tylko pustka

I znów to samo. Tylko tym razem zwrot całego śniadania. Usłyszałam przestraszony głos Hazzy ale nie miałam siły by się odezwać. Przemyłam twarz i pochyliłam się nad umywalką. Czułam się gorzej niż kilka dni temu. Dlaczego akurat teraz?
- Em?!- chłopak zaczynał powoli wpadać w szał. Cielątko niech zauważy że jest tutaj też łazienka….- EM?- zajrzał do toalety. Spojrzałam na niego pośpiesznie spuszczając wodę w sedesie- Wszystko dobrze?- złapał mnie za rękę i odprowadził na łóżko
- Mam przeżuty.- powiedziałam przykrywając się kołdrą.- Powiedzieli mi wczoraj. Dlatego chcesz tego ślubu tak?- zapytałam z oczami pełnymi łez
- Nie Em. Chcę tego ślubu bo Cię kocham, chcę tego bo chcę by nasz maluszek miał pełną rodzinę, chcę tego bo tak miało być- przytulił mnie
- Mogę nie przeżyć porodu- przełknęłam ślinę- Prawdopodobnie będą chcieli go w jakiś sposób wcześniej wywołać abym mogła sama urodzić. W ostateczności zrobią cesarkę.- spojrzałam na niego. Nie był tym samym chłopakiem którego poznałam dawno temu. Strasznie schudł, zbladł, oczy… Oczy, z których niegdyś mogłam wyczytać wszystkie emocje nim rządzące znikły za bladą poświatą łez.- Nie płacz. Będzie dobrze- załapałam go za rękę
- Ale Em… Chcę abyś wiedziała, że…-
- Ciii…. Nie żegnaj się jeszcze ze mną. Jeszcze tu jestem. Zgodził się?- zmieniłam raptownie temat. Kiwnął głową- No to czas załatwić miejsce a następnie powiadomić gości- uśmiechnęłam się i otarłszy mu łzy przeszliśmy do sedna sprawy- ślubu.

Po około dwugodzinnym buszowaniu w ulotkach mieliśmy wszystko załatwione. Kościół, miejsce, menu, fotografa…. Nie wiedziałam, że to wszystko można było tak szybko załatwić. Sobota, 16.00 kościół Westminsterski- to właśnie tego dnia miało się odmienić nasze życie…
Około 13.00 przyszedł lekarz i Harry poinformował go co do miejsca i czasu naszego ślubu. Zeszliśmy na dół do stołówki i zjedliśmy smaczny jak na szpitalne jedzenie obiad. Potem przyszedł czas na dzwonienie do gości. Harry załatwiał tych ze swojej strony a ja tych ze swojej. Właściwie musiałam zaprosić tylko Crisa i Jess… Tak to nie miałam nikogo….
* rozmowa*
- Cześć Cris!- powitałam chłopaka z którym już tak długo się nie widziałam
- Emma?!- zapytał z niedowierzaniem- Miło, że jednak pamiętasz o swojej rodzinie. Mów co u Ciebie!-
- Właściwie to dzwonię by poinformować zarówno Ciebie jak i Jess, że wychodzę za mąż- wyjaśniłam będąc dumna, że w końcu mogę wypowiedzieć głośno te słowa
- Co?!- krzyknęli niemal jednocześnie- Jak to za mąż?!- pisnęła Jess. Czyli byłam na głośnomówiącym…- Kiedy? Gdzie?-
- Niespodzianka co? W sobotę o 16.00 w kościele Westminsterskim. Chciałabym abyście przyjechali. Będziecie mogli?- zapytałam pełna nadziei
- Jasne siostra! My nie  moglibyśmy przegapić takiej okazji! Dlaczego dzwonisz dopiero teraz?-
- Bo ustaliliśmy to zaledwie kilka godzin temu- uśmiechnęłam się sama do siebie. To naprawdę było zwariowane.
- Jesteś w ciąży?- zapytała Jess
- A i tak, jestem- powiedziałam dumnie
- To wszystko jasne.- zaśmiała się- Skoro decydujecie się na ślub to albo ciąża albo umierasz..- usłyszałam ich śmiech ale mi jakoś nie było do śmiechu…
- To też Jess… wiem, że was nie poinformowałam ale jestem chora na białaczkę- wypaliłam
- Co?!- krzyknął Cris- Jak to?!- zapytał wściekle. Opowiedziałam im wszystko, z każdym najdrobniejszym szczegółem… Słyszałam szloch Jess… Było mi głupio, że dopiero teraz ich o tym informuję….- Przecież wiesz, że możesz nam o wszystkim mówić- powiedziała dziewczyna z żalem
- Wiem Jess ale… Ale to było takie zamieszanie, że naprawdę, nie pomyślałam wtedy o tym.-
- Dobrze, że chociaż teraz nam o tym mówisz…- powiedział Cris. Porozmawialiśmy jeszcze trochę dosłownie o niczym i w końcu stwierdziliśmy, ze będzie więcej czasu w sobotę. Rozłączyłam się i spojrzałam na Harolda.
- Miał być mały ślub a nagle zrobiło się około 60 osób..-
- Harry…- spojrzałam na niego- Skoro to mają być nasze ostatnie chwile to zróbmy ślub z hukiem.- spojrzałam na niego widząc już nagłówki w gazetach: ,, Najmłodszy członek One Direction okazał się najbardziej dojrzały. Już w sobotę bierze ślub!’’
- Naprawdę tego chcesz?- zapytał- Wiesz, ze to będzie naprawdę niezły huk-
- Tak, chcę tego Harry- uśmiechnęłam się nie mogąc doczekać się już soboty.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej! Zgodnie z obietnicą dodaję dzisiaj kolejny rozdział bo spisałyście sie na medal!
Odnośnie tego usunięcia bloga to nic nie jest pewne. 
Jest mi przykro, że takie osoby są w moim środowisku ale nic nie poradzę na to prawda?
A teraz spadam robić ciasto! Odezwę się potem! :)

Rozdział 104




- Trzymaj się Em…- Rose przytuliła się do mnie z największą czułością- Będzie dobrze.- jej ciepły uśmiech dodał mi otuchy
- Wiem Rosie. A teraz leć bo instruktor Cię obleje!- zaśmiałam się. Rosie miała właśnie dziś zdawać egzamin na prawo jazdy. Dziewczyna założyła swój czerwony płaszczyk, który wydawał mi się mimo wszystko za cienki jak na połowę listopada. Po chwili kierowała się do wyjścia a mnie zalała fala smutku…. Znów będę sama
- Rosie!- krzyknęłam gdy dziewczyna nacisnęła na klamkę- Dziękuję za wszystko- wyszeptałam a ona tylko się uśmiechnęła. Po chwili otaczała mnie głucha cisza.
Spojrzałam w stronę okna i ujrzałam wirujące białe płatki- zaczynał padać śnieg. Uśmiechnęłam się przypominając sobie wydarzenia zeszłej zimy. Bitwa na śnieżki z Lou, złamana noga Harry’ego i nasz pobyt we Francji. To wszystko wydawało się być tak odległe, tak nieosiągalne ale mimo wszystko to właśnie się zdarzyło. Uśmiechałam się do siebie otwierając czekoladę nadziewaną malinami… Magnezu nigdy za wiele, prawda?
Tęskniłam za chłopakami. Mimo iż  przychodzili do mnie każdego dnia, siedzieli tu kilka godzin ja wciąż za nimi tęskniłam. Chciałam po prostu nacieszyć się ich obecnością zanim odejdę. Chciałam by zapamiętali mnie z tej najlepszej strony, czyli uśmiechniętą, nie tracącą nadziei do samego końca… Ale czy nadzieja tutaj wystarczała? Czy nie była czymś złudnym i ulotnym? Spojrzałam na katalog i suknię, którą wybrałyśmy.
Zastanawiało mnie czy ten ślub czy…. Czy on ma sens? Pobierzemy się, ja umrę i Harry co? Będzie sam? W tej chwili wydawało mi się, że to wszystko jest złym, bardzo złym pomysłem. Nie chciałam być dla niego ograniczeniem… Ani nie chciałam aby moja córka zapomniała o kimś takim jak ja. Chciałabym aby miała świadomość jaka byłam, i jaka chciałam być…
Z oczu wypłynęło mi kilka łez. Do Sali wszedł ksiądz.
- A czemu to taka ładna dziewczyna płacze?- zapytał uśmiechając się przyjaźnie- Duże dziewczyny nie płaczą.-
- Może i duże dziewczynki nie płaczą ale ja mam zaledwie 167 cm wzrostu- zaśmialiśmy się
- Dlaczego tu jesteś?- zapytał podstawiając pod moje łóżko krzesło stojące w rogu Sali
- Mam białaczkę- wyjaśniłam a on kiwnął głową- Mam białaczkę i jestem w ciąży. To jest okropne…-
- Podjęłaś się chemioterapii?- pokręciłam przecząco głową- Ze względu na dziecko tak?-
- Tak, nie mogłam tak postąpić. To byłaby najbardziej egoistyczna postawa jaką człowiek mógłby się okazać. Zrobić sobie dziecko a potem je zabić… Czyżby nie było to przejawem egoizmu?-
- Wiesz… Dobrze myślisz chociaż nie do końca. Chemioterapia nie musiałaby zabić Twojego dziecka. Mogłabyś żyć zarówno Ty jak i maluszek-
- A kto mi da taką pewność? Nie zniosłabym tej myśli, że zabiłam dziecko tylko po to abym mogła sama żyć.-
- A masz dla kogo żyć?- zapytał mnie dotykając mojego brzucha
- Jestem zaręczona.- pokazałam pierścionek
- O jak maluszek kopie!- zaśmialiśmy się- Jesteś bardo dzielna wiesz? Wiele kobiet zrezygnowało by z ciąży…-
- Ale przecież dziecko jest odzwierciedleniem rodziców. Harry będzie miał kawałek mnie ciągle przy sobie. Może i źle postępuje według innych ale ja chcę to zrobić, chcę aby moje dziecko żyło- pogłaskałam brzuch a mała kopnęła.
- Kiedy planowaliście ślub?-
- Właściwie to chcemy się pobrać za niedługo. Chcemy to zrobić przed tym co ma się stać….-
- Miłość wszystko zwycięży moja kochana!- wstał i odstawił krzesło- będę tu zaglądać. Powrotu do zdrowia!- pomachał mi i wyszedł. Opadłam zmęczona na łóżko i przyglądając się białemu puchowi Morfeusz porwał mnie do swojej krainy.

W ich domu panował ogromny bałagan. Harry lekko zawstydził się tego i zaczął zbierać wszystkie ubrania, które dosłownie były wszędzie.
- Ja przepraszam Cię… Bo ja… Ja nie….- opadł na krzesło
- Ej brat.. Daj spokój, nie udawaj, że się dobrze trzymasz bo tylko pogarszasz sprawę. Wszyscy widzimy, że nie jest dobrze. Em jest coraz słabsza a Ty coraz bardziej zdesperowany… Właśnie po to tu przyjechałam, aby Ci pomóc, doprowadzić dom do porządku i Ciebie w pewnym stopniu również. Nie wiem, idź weź gorącą kąpiel, połóż się i prześpij ja tu zacznę sprzątać a potem zrobię kolację, dobrze?- chłopak spojrzał na mnie i rozpłakał się
- Gemm ja nie chcę aby ona umarła. Nie chcę tego rozumiesz? Nie chcę stracić sensu życia… Ona jest dla mnie wszystkim…- ostatnie słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Przytuliłam go i otarłam łzy
- Harry… Może i fizycznie nie będzie jej przy Tobie ale ona będzie czuwała nad Tobą i nad dzieckiem. Będzie cały czas obecna przy Tobie bo będzie w Twoim sercu…- dotknęłam jego piersi, która łomotała.- Wszystkim nam będzie jej brakować…. Po to jestem ja, chłopaki aby pomagać sobie. Jej śmierć nie będzie końcem Harry. Ona będzie początkiem- pocałowałam jego czoło.- Idź- wskazałam na schody. Chłopak powoli wszedł na górę i odkręcił wodę.
To będzie trudniejsze niż sądziłam.

Po około godzinnym wysiłku dom wyglądał jakby przeszło przez niego małe tornado. Po zebraniu wszystkich ubrań i wstawieniu prania było o wiele przejrzyściej niźli do tej pory. Dom wyglądał tak samo jak tego dnia gdy Em zabrali do szpitala, na podłodze ciągle była plama krwi..
Zauważyłam w koszu na śmieciu zbyt dużo butelek po alkoholu. Nie chciałam wierzyć w to, że Harry sobie popijał i tym samym utapiał swoje smutki, przecież…. Sama nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Lodówka świeciła pustkami.. No tak, teraz już wiem dlaczego chłopak tak często wpadał do nas na obiad- wbrew temu co mówił wcale nie stęsknił się za matczyną kuchnią.
Chłopak zszedł na dół i ujrzałam w nim znów mojego brata. Był czysty, zadbany i w końcu uśmiechnięty.
- Wiesz… Chyba masz rację. Jej odejście będzie początkiem zmian w moim życiu- otworzył lodówkę- Ale najpierw trzeba tę oto lodówkę zapełnić- zaśmialiśmy się- Możesz napisać mi listę czy pojedziesz ze mną?- zapytał mnie chłopak a ja chwyciwszy notes i długopis szybko napisałam mu co i jak.- Trochę długa- uśmiechnął się i chwyciwszy kluczyki od auta pojechał do sklepu.
Zostałam sama i nagle poczułam się nieswojo. Co ja usiłuje zrobić? Próbuję mu zastąpić Emmę? Było milion powód z których wynikało, że Em jest lepsza ode mnie. Byłam jego siostrą i właśnie nią powinnam być dla niego..
Dokończyłam sprzątać parter i ruszyłam na górę. To co zastałam w sypialni było lekkim szokiem dla mnie. Była ona nieskazitelnie czysta. Na łóżku były porozkładane ich fotografie a w pudełku leżącym na podłodze również ich nie brakowało. Na krześle leżał dosyć gruby album, który chwyciłam w dłonie. Zaczęłam oglądać fotografie i uśmiechać się do siebie. Tam był ich całe życie… Ich całe zamknięte pośród kilkunastu stron. Łzy napłynęły mi do oczu widząc taką uśmiechniętą i zadowoloną Em. Kiedy ona po raz ostatni się tak uśmiechała? Brakowało mi jej tutaj…

Było około 19.20 gdy ruszyłem po zakupy. Na zewnątrz padał śnieg. Wzbudziło to we mnie nie małe zdziwienie ale w końcu za niedługo święta, czas radości i…. Czas radości… To miały być nasze pierwsze święta, spędzone w rodzinnym gronie już jako małżeństwo.. Mam nadzieję, że mimo wszystko Em będzie obecna z nami przy stole. Jeśli nie będzie takiej możliwości to właśnie ona będzie ta osobą z którą spędzę ten dzień.
Przejeżdżałem obok szpitala i spojrzałem w jej okno. W pomieszczeniu było ciemno. Zapewne spała lub też była na badaniach. Miałem ochotę skręcić i pójść do niej ale Gemm… To miał być dzień dla nas. Spuściłem wzrok i przejechałem. Po kilku minutach już byłem pod sklepem. Te zakupy chyba będą bardziej męczące niźli mi się wydawało. Przed sklepem stali dziennikarze.
Nałożyłem kaptur na głowę i ruszyłem szybkim krokiem kamuflując się najbardziej jak umiałem. Jednak pewna dziewczynka podbiegła mnie rozpoznała i z wielkim krzykiem rzuciła się na mnie. Po chwili jedna z dziennikarek podeszła do mnie.
- Zechcesz odpowiedzieć mi na pewne pytania?- zapytała a ja już miałem powiedzieć nie gdy coś mnie tknęło i się zgodziłem
- Potwierdzasz plotki, że jesteś ponownie z Emmą?- wokół nas zaczęło robić się coraz tłoczniej- zawahałem się…
- Tak.- wypowiedziałem po krótszej chwili namysłu
- Co się dzieje z Twoją dziewczyną, dlaczego jest tak długo w szpitalu? Pojawiły się różnego rodzaju plotki, że jest nieuleczalnie chora, to prawda?-
- Tak, to prawda- powiedziałem pewny siebie i tego co robię- Em jest chora. Ma białaczkę- wydusiłem z siebie
- Dlaczego nie przyznawaliście się do Ciebie?-
- Nie będę odpowiadał na to pytanie- odparłem. Zrobiło się małe zamieszanie a ja korzystając z chwili nieuwagi oddaliłem się od nich i pod osłoną nocy wszedłem do sklepu.

Kilka minut po 19.30 przebudziłam się i zjadłam skromną kolacje. Podeszłam do okna by spojrzeć na zaśnieżone ulice. Wszystko wyglądało jak w bajce. Ludzie zatrzymujący się na chwilę by popatrzeć na taniec płatków, niektórzy z nich spieszący się do pracy z kubkami kawy w dłoni, zakochane pary trzymające się za dłonie, dzieciaki rzucające się śnieżkami.. To wszystko było tak niesamowite, jakby zaczarowane…
- Niespodzianka!- usłyszałam za plecami i odwróciłam się. W drzwiach stała Jay z dziewczynkami, które momentalnie przybiegły i wtuliły się we mnie. Tuż za nimi stał Louis i uśmiechał się do mnie niczym wtedy gdy pierwszy raz go zobaczyłam.
- Nasza Em!- krzyczały dziewczynki skacząc dookoła mnie. Przytuliłam je a ona poleciały do Lou by rozpiął im kurteczki.
- Witaj Emmo- Jay podeszła do mnie i przytuliła mnie. Po chwili kobieta już płakała
- Mamo… Co mówiłem Ci o łzach?- warknął Lou. Kobieta pokiwała głową i szybko je otarła
- Och Lou. Ty tylko byś na wszystkich krzyczał- zaśmiałam się i ruszyłam by się z nim przywitać. Chłopak od razu podbiegł do mnie i wypowiedział coś niezrozumiałego. Chwilę się posprzeczaliśmy a następnie zaprowadził mnie na łóżku. Dziewczynki od razu zabrały się za malowanie a my siedzieliśmy i rozmawialiśmy o rzeczach przyziemnych jak i tych dla nas jeszcze trudnych do osiągnięcia.
Dowiedziałam się od Louisa, że do końca tygodnia chłopcy mają wolne. Ucieszyłam się z tego powodu bo to oznaczało całe dnie spędzone z Harrym. Potem jak zwykle mnóstwo wywiadów i nagrywanie piosenek. Czyli znów bez niego… Odwołali koncerty tylko po to by każdego dnia któryś z nich mógł mnie odwiedzić. Zrobiło mi się ciepło na sercu słysząc takie słowa.
W pewnym momencie Jay zabrała dziewczynki na gorąca czekoladę i coś do zjedzenia i zostałam sama z Lou.
- Lou boję się.- powiedziałam gdy kobieta tylko zamknęła za sobą drzwi- Boję się śmierci. Wiem, że to jeszcze nie teraz ale ja się tego boję.- wyrzuciłam i zaczęłam płakać. W końcu to co od tak dawna dusiłam w sobie mogło ujrzeć światło dzienne. Nie chciałam mówić o tym Harry’emu bo chłopak załamałby się jeszcze bardziej niż teraz. Łzy płynęły mi strumieniami- Ja boję się  Lou tego co będzie jak już odejdę stąd. On się załamie, ja nie chcę go zostawiać..-
- Ciii… Em nie myśl o tym. Wszystko będzie dobrze. Będziemy razem z nim, będziemy się opiekować zarówno nim jak i waszym dzieckiem.. Em wszystko będzie dobrze. Nie denerwuj się bo jeszcze coś złego się stanie.- powiedział chłopak i spojrzał mi prosto w oczy. Kiwnęłam głową i wtuliłam się w jego pierś.

Tak bardzo chciałem znieść jej ból i to wszystko co w niej się dusiło całymi dniami. Wiedziałem, że ona tego nie przetrwa, wiedziałem, że z każdym dniem będzie coraz jej ciężej i będzie miała tysiące powodów do załamań. Nie chciałem tego. Nie chciałem widzieć jak moja kochana Em upada pod ciężarem własnych zmartwień…
Przeciskałem ją do piersi głaszcząc ją po plecach. W pewnym momencie gdy ścisnąłem ją nieco mocniej dziewczyna syknęła.
- Boli Cię coś?- zapytałem patrząc na nią bacznym wzrokiem
- Tu na plecach- chciała się dotknąć ale nie mogła dostać
- Mogę?- zapytałem a ona skinęła głową. Obszedłem ją dookoła i podniosłem jej bluzkę do góry. Moim oczom ukazał się bardzo duży siniak.- Uderzyłaś się ostatnio gdzieś?- zapytałem uważnie się mu przyglądając
- Nie, nie przypominam sobie nic takiego. Co tam jest?- zapytała biorąc głębszy oddech
- Masz sporego siniaka.- odparłem
- Kolejny mój przyjaciel na następne dni. Zostaw Lou, to normalne.- opuściła bluzkę- To od ciągłego leżenia.- wyjaśniła- To tylko kwestia czasu gdy wykryją u mnie przeżuty do węzłów chłonnych a następnie do innych narządów.- powiedziała smutno. Nie wiedziałem co mogę jej powiedzieć. Do mnie ciągle nie docierało to, że ona umiera… Nie umiałem tego w żaden sposób przyswoić. Mój umysł zatrzymał się na pewnym etapie i nie chciał ani drgnąć dalej. Tak naprawdę to cały czas wracałem myślami do tego momentu gdy byliśmy razem i cieszyliśmy się swoją obecnością.
- Pamiętasz Lou naszą bitwę na śnieżki?- wyrwał mnie z zamyślenia jej głos- Siedziałam dzisiaj i trochę wspominałam…-
- Tę bitwę, którą wygrałem, tak? Jakbym mógł zapomnieć- pokazałem jej język
- Kochany, krówka ma dłuższy i się nie chwali- zaśmialiśmy się- Daj rękę- powiedziała szybko i przyłożyła moją dłoń do swojego brzucha. Poczułem delikatny ruch a następnie delikatne uderzenia
- Dzisiaj przechodzi samą siebie. Kręci się jakby chciała już uciekać  mojego brzucha- uśmiechnęła się do mnie tym samym uśmiechem, który pamiętałem z tych beztroskich dni.
- Wiesz… Często w ostatnich dniach wracam do tych wspomnień. Pamiętam moją sałatkę na Twoim biuście, pamiętam nasz pierwszy pocałunek i to jak czytałaś dziewczynkom książki. Pamiętam nasze wszystkie kłótnie po których zawsze padaliśmy sobie w ramiona i śmieliśmy się jak głupcy. Żałuję tego, że Cię zraniłem. To był mój błąd ale cóż… Najwyraźniej tak musiało być abyś mogła być z Harrym-
- Lou, nie. Każdy z nas w pewnym momencie gubi się pośród swoich uczuć i Ty też się zgubiłeś. Wiem, że nie chciałeś i nie mam do Ciebie o to żadnego żalu, żadnej urazy. Stało się, jesteśmy tylko ludźmi, którzy popełniają błędy i się z tego….- dziewczyna wybuchła śmiechem- śmieją.- po chwili z jej oczu leciały łzy. Ale nie były to te łzy, które tak często z niej uchodziły, to były prawdziwe łzy szczęścia.
- Ale z czego się śmiejemy?- zapytałem się śmiejąc się z dziewczyną. Ona skrzywiła się co wyrażało jej niewiedzę. Po chwili obojgu nam leciały ciurkiem łzy. To właśnie w niej kochałem, takie poczucie humory nawet w tak złych momentach jej życia.
- A wam co tak wesoło?- do Sali weszła Jay. Roześmialiśmy się jeszcze bardziej a dziewczynki wspięły się na łóżko. Jedna z nich położyła delikatnie główkę na brzuszek a druga ułożyła się obok mnie bawiąc się moim pierścionkiem. Po chwili uspokoiliśmy się i otarliśmy łzy.
- Mimo wszystko uśmiechy nie schodzą wam z twarzy. I oto właśnie chodzi- Jay pogłaskała mnie po policzku- Między wami a Harrym dobrze?- Lou przewrócił oczami
- A dobrze. Póki co on wspiera mnie a ja jego. Dalej się zobaczy- puściłam do niej oczko
Do Sali weszła pielęgniarka
- Przepraszam ale muszą Państwo już iść. Zabieramy Emmę na badania- wyjaśniła kobieta
- Badania? Przecież lekarz nic nie mówił o badaniach- zdziwiłam się
- Daj spokój Em, i tak musimy już uciekać- powiedziała Jay na co dziewczynki jęknęły- No już ubierać się- ponagliła je. Lou pomógł mi wstać i usiąść na wózek
- Daj znać czy wszystko dobrze.- pocałował mnie w policzek i mocno przytulił. Po chwili dziewczynki również to zrobiły i dały mi swoje rysunki.
- Kochamy Cię- pocałowały mnie i wzięły Lou za ręce
- Trzymaj się kochana, wracaj do zdrowia- po chwili nie było w Sali już nikogo prócz mnie i pielęgniarki.
- Gotowa?- zapytała a ja skinęłam głową. No to chyba czas na jakąś nieprzyjemną wiadomość.
 
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cześć!
Dzisiaj rozdział dodany z samego rana a to sprawka tego, że mam za dużo rzeczy do zrobienia:(
Troszkę smutno nam sie tu zrobiło nieprawdaż? No ale mogę was pocieszyć, że następne rozdziały będą o wiele weselsze i kto wie... Może nawet będziecie się śmiały aż was brzuszki rozbolą!
Mam dla was niezły interes! Wy dacie mi 10 komentarzy a ja wam dodam dziś kolejny rozdział co? Może tak być? :)
Ach zobaczcie jaki Larry! Brakuje mi ich no! 

A teraz nieco smutna i bardzo niepokojąca mnie rzecz. 
Jak wiecie prowadzę tego bloga już prawie 9 miesięcy i jest to moje pierwsze opublikowanie opowiadanie. Cieszą mnie statystyki, komentarze no ale życie to życie. Nie zawsze może byc różowo...
Wczoraj przeglądam pocztę i ju powiem wam szczerze, że przyzwyczaiłam sie do złośliwych maili ale... Ludzie wy przechodzicie sami siebie. Jak można taki rzeczy pisać?! 
TO OPOWIADANIE JEST NAPISANIE PRZEZE MNIE W 100 %! 
Nikt mi nie pomaga, nie sięgam do innych źródeł pisze je SAMA!
Wiecie jak to boli gdy nagle jakiś anonim pisze takie różne złośliwości?
Cześć!
Tak... Muszę Ci powiedzieć, że byłam przez dłuższy czas czytelniczką tego bloga... No właśnie byłam. Ale dlaczego przestałam? Bo to co piszesz nie ma najmniejszego sensu.
Boże, te wszystkie dziewczynki Cię kochają, uwielbiają bo dostarczasz im czegoś ,, fajnego"? Nie to nie jest fajne.
Wzbudzasz w nich złudne uczucia, ot co.
Nie pisz, błagam Cię nie pisz. Skończ z tym jak najszybciej i weź się nie wiem za co za obieranie ziemniaków? Może do tego masz talent...
Ale do pisania na pewno nie. GRUBE I OSTRE NIE.
Nie wiem jak ktoś w ogóle może to tak chętnie komentować.
Najpierw Lou, Zayn a teraz Hazza? No to może powinnaś sprawić, żeby okazało się, że Liam jest ojcem jej dziecka co?
Totalny bezsens. Zrobiłaś z tej całej Em jedną wielką s***.
Takie jest moje zdanie na ten temat i będę mówiła o tym każdemu bo to strata czasu! Dajcie spokój. Są bardziej uzdolnione osoby, chociażby ja. Piszę lepiej od Ciebie....
Chyba minęłaś się ze swoim powołaniem złotko. Nie tędy droga do serc ludzi.
Na prawdę NIE PISZ.
L.T
Taki komentarz pojawił sie pod ostatnim postem. Może i nie nadaję się do pisania. Może i są lepsi  bo na pewno są ale bez takich na moim blogu!
Dlatego chcę wam powiedzieć, że póki co nie biorę się za nowego bloga, drugiego najprawdopodobniej zawieszę no bo coś musi w tym być skoro ludzie tak piszą. 
KLIK Tu macie jeszcze więcej dowodów. To wszystko zaczęło się pojawiać wczoraj wieczorem i na prawdę nie wiem co mam robić!
To jest przykre jeżeli ludzi tak postępują. Dokończę to co tutaj mam i chyba na tym skończy się moja zabawa z pisaniem.
Przepraszam, że wam tym zawracam głowę ale uważam, że powinniście o tym wiedzieć.
Magda
A no i co do ask.fm to mam: Klik  Jeśli są pytania zadawajcie! Odpowiem ;)

piątek, 16 listopada 2012

Rozdział 103



Każdy kolejny dzień zaczynał się tak samo. Porcją leków i telefonem do Harry’ego. Powoli zaczynałam oswajać się z tą myślą, że niedługo już mnie tu nie będzie jednak do pewnej części mojej podświadomości nie docierało to i za każdym razem budząc się liczyłam na to, że to wszystko okaże się złym snem.
Mimo wielokrotnych prób podejmowanych przez Harry’ego, chłopaków, Rose a nawet samego lekarza- nie zgodziłam się na chemioterapię. Wolałam sama umrzeć niż miałabym zabić moje własne, nienarodzone dziecko. Jaka byłaby ze mnie matka? No jaka? Co to za inwestycja nosić tyle miesięcy taką istotkę pod sercem a potem zabijać ja bo chce się ratować własny tyłek? Nie. To nie na tym rzecz polega….
Czułam się dobrze, można było rzecz bardzo dobrze. No,  nie licząc porannych krwotoków z nosa, które całkowicie mnie wykańczały było dobrze. Dziś miała przyjść do mnie późnym popołudniem Rose abyśmy mogły wybrać model sukni ślubnej na nasz ślub. Może i Harry jeszcze o tym nie wiedział ale chciałam się z nim pobrać tuż przed tym… Tuż przed tym jak stąd odejdę.
Dziwne uczucie wiedzieć ile masz dni i praktycznie ich nie wykorzystywać. Wydaje mi się, że 90% ludzi załamałoby się  na wieść o niecałych 3 miesiącach życia ale ja nie chciałam.. Chciałam cieszyć się z ostatnich dni, chciałam myśleć, że choroba wycofa się i będę mogła dalej żyć i cieszyć się z pierwszych kroków mojego dziecka, pierwszych słów i jej pierwszych miłości.. To wszystko było na wyciągnięcie ręki ale ktoś postawił ścianę pomiędzy mną a tym co dla każdej kobiety najważniejsze.
Oczywiście, że się bałam ale… Ale ten strach podsycony był zainteresowaniem. W końcu będę mogła spotkać się z Lucy, Patrykiem i rodzicami.
Najbardziej w tym wszystkim cierpiał Harry. W ciągu ostatnich dni cały optymizm uszedł z niego, oczy straciły dawny blask i ciągle chodził nieprzytomny próbujący przyswoić sobie fakt, że za niedługo umrę…. Ale nie zostanie sam, będzie przy nim nasza córka, która będzie po części odzwierciedleniem mnie.

Około 12 przyszła pielęgniarka, przyniosła mi jedzenie, pobrała dwa pojemniczki krwi i podała leki przeciwbólowe. Potem obchód podczas którego wdałam się z lekarzem w dyskusję na temat mojego opuszczenia szpitala. Powiedział, że to jest wykluczone, ze jestem zbyt słaba. Co prawda to prawda. Byłam na tyle słaba, że miałam problemy z dojściem do toalety położonej w tej samej Sali.
- A kuku!- głowa James’a pojawiła się w drzwiach Sali- cześć Em- podszedł do mnie i pocałował mój policzek
- Dobrze, że jesteś. Pomożesz mi?- podałam mu dłoń. Chłopak chwycił ją i zaprowadził mnie do toalety- Daj mi 5 minut- powiedziałam na co brunet skinął głową i opuścił pomieszczenie. Nie trwało to długo, po chwili zwróciłam zawartość obiadu. Poczułam niesamowitą ulgę na żołądku. Wszystko byłoby dobrze gdybym nie zauważyła krwi we własnych wymiotach.
- Em wszystko dobrze?- usłyszałam. Lekko przerażona spuściłam wodę i umyłam twarz.
- Tak ok.,- otworzyłam drzwi a chłopak od razu zaprowadził mnie na łóżko- Dziękuję-
- Jak się czujesz?- zapytał wyjmując zakupy przyniesione ze sobą
- Dobrze.- uśmiechnęłam się słabo- Co prawda jestem zmęczona ale daję radę-
- Słabniesz z dnia na dzień moja droga- spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem- jak mała?- dotknął brzucha
- Bardzo dobrze. Daje o sobie znać, więc nie ma powodów do zmartwień. Wczoraj włożyła mi stópkę pod żebro, straszne mnie to łaskotało- zaśmialiśmy się.- Opowiadaj, jak w szkole?-
- W szkole jak w szkole. Wszystko dobrze. Nauki zbyt dużo, każdy się o Ciebie pyta. Przed waszym domem stoi stado reporterów. Wiedzą, że jesteś w szpitalu tylko jeszcze nie wiedzą w którym i chwała im za to. Harry ciągle twierdzi, że jesteście przyjaciółmi ale oni już dawno zignorowali to i wszędzie piszą, że jesteście parą. Dobrze, że nie widzą o Twojej ciąży…- opowiadał James.- Chłopcy często przyjeżdżają do Harry’ego zresztą tak samo jak mama tata i jego siostra. A Harry? Udaje twardziela ale nieraz wieczorem widzę jak siedzi w salonie z albumem w dłoniach i płacze… Em on też to przeżywa… Każdy z nas to przeżywa..- mówił. Siedzieliśmy tak długi czas, rozmawialiśmy, zjedliśmy czekoladę i wypiliśmy po szklance pomarańczowego soku. W końcu, około 14.30 James musiał już iść na popołudniowe lekcje a ja ponownie zostałam sama. Próbowałam dodzwonić się do Harry’ego ale jego telefon milczał. No tak, praca…

- Dzień Dobry Emmo- do Sali wszedł Pan Doktor
- Witam Pana Panie Doktorze- uśmiechnęłam się
- Jak się dziś czujesz?- zapytał siadając na łóżku i patrząc się na mnie
- Jakby z dnia na dzień coraz lepiej. Ale..- zawahałam się czy powiedzieć o tym co mnie spotkało
- Ale?- spojrzał na mnie pytająco
- Ale tęskno mi za domem- wymyśliłam na poczekaniu
- Co Em? Krew w wymiotach?- zapytał jakby czytając w moich myślach
- Skąd Pan..-
- Normalna reakcja organizmu. Musisz być gotowa na coś takiego. Krwawienie z nosa również będzie się nasilało, będziesz stawała się senna aż w końcu zaśniesz i..-
- I się nie obudzę..- dokończyłam za niego… On smętnie pokiwał głową- No ale nie przyszedłem tu rozmawiać i śmierci tylko o tym, że zabieramy Cię na USG.-  do Sali wjechała pielęgniarka z wózkiem. Usiadłam na nim i pojechaliśmy do pracowni USG.
Z dzieckiem było wszystko w porządku. Mała rosła jak szalona, leki nie powodowały żadnych uszkodzeń u dziecka… Było tak jakbym wcale nie była chora. Chociaż ta wiadomość była dla mnie czymś przyjemnym.

Gdy wróciłam do swojej Sali czekała tam już na mnie Rose. Przywitała mnie ciepłym uśmiechem i pokazała stos gazet ze sukniami ślubnymi.
- Jesteś kochana- powiedziałam całując jej policzek- No to zabierajmy się za to przeglądanie- ucieszyłam się i po chwili każda z nas przeglądała katalogi wybierając najlepsze suknie. Zadzwonił mój telefon. Rose podała mi a ja w ostatniej chwili odebrałam:
- Halo?-
- Em? Co się stało? Przepraszam, że nie odebrałem ale nie mogłem- tłumaczył się chłopak
- Spokojnie, nic się nie działo. Po prostu chciałam usłyszeć Twój głos i zapytać kiedy przyjedziesz…-
- Em… Nie wiem czy dziś będę mógł przyjechać. Mam sporo spraw do załatwienia i wszystko sypie się mi na głowę. Na pewno mama dziś przyjdzie Cię odwiedzić więc możesz być spokojna, towarzystwa Ci nie zabraknie- w oddali usłyszałam głos Zayn’a mówiącego, że ma mnie pozdrowić
- Tak słyszałam, też go pozdrów- wyprzedziłam Harry’ego- słonko zadzwonię do Ciebie później. Przyszła do mnie Rose i mamy trochę pracy. Kocham Cie- powiedziałam
- Ja Ciebie też- usłyszałam i rozłączyłam się
- A może ta?- pokazała mi pewną suknię brunetka
- Chyba trafiłaś w sedno. Jest przepiękna- powiedziałam i zaczęłam się jej przyglądać.

- Dobra chłopaki! Rose jest u niej i już wybierają suknię. Może być ten garnitur?- zapiąłem ostatni guzik i wyszedłem aby się im pokazać. Pokręcili głowami
- Paski Ci nie służą- stwierdziła Gemm- A tak właściwie to dlaczego ja nie mogłam do niej pójść tylko muszę siedzieć tu z wami?- zapytała mnie siostra
- Bo jesteś moją siostrą i Em wszystko by skojarzyła?- spojrzałem na nią dziwnie i wróciłem do przymierzali.
Kolejne garnitury oczywiście również nie podobały się Państwu Jury. W ogóle nie rozumiałem dlaczego nie mógłbym założyć tego garniaka, który mam w domu?
- No dobra a ten?- zapytałem wychodząc. Był to jeden z ostatnich modelów. Gemma aż wstała do góry gdy mnie zobaczyła
- No brat… Teraz to możesz iść do ślubu. Panowie, mamy garnitur!- krzyknęła na co chłopaki zareagowali salwą śmiechu
- Nados, Nados, Nados!- krzyknął Niall i zaczął biegać dookoła nas.
- Tak Niall Nados ale póki co muszę się rozebrać i zapłacić za garnitur- zaśmiałem się i ponownie wszedłem do przymierzalni tym razem tylko po to aby zdjąć garnitur i ubrać w końcu swój ukochany, ciepły sweter.
Spędziliśmy w tym salonie dobre cztery godziny więc padłem po prostu z nóg. Chciałem jechać do Em ale Gemma mi zabroniła. Powiedziała, ze dziś jest jej dzień ze mną i śpi u mnie i mamy się cieszyć z tego, ze już za kilkanaście dni się ożenię.
Czy mogłem się cieszyć z tego ślubu? Właściwie tak ale czym on był ze świadomością, że moja żona za niedługo umrze? Zrobiło mi się raptownie smutno i źle co nie uszło uwadze chłopców.
- Harry… Ona sama to wybrała. Wiem, że jest Ci przykro, wiem, że jest Ci teraz źle ale spójrz. Zawsze jeszcze przed wami jest kawałek czasu- powiedział Niall, który przyleciał wczoraj do Londynu
Kiwnąłem głową. Ale czy ktoś pomyślał jak to będzie gdy ten czas dobiegnie końca?
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Hej dziewuszki! 
Jak wam się podoba perspektywa spania jutro do późna? Bo szczerze powiedziawszy mi to się podoba aż za bardzo:D
 Och w końcu piątek, czekałam na niego od poniedziałku kiedy tylko udało mi się otworzyć oczy:D
Jak wam sie podoba rozdział? Szczerze? Wydaje mi się, że przechodzę samą siebie. Co prawda dawno je napisałam i szczerze nie mogę uwierzyć, że to wyszło z mojej głowy!
Tak, ja i moje skromne zdanie o mnie:P
Koteczki komentujcie! Wiem, że wczoraj nie każda z was mogła ale dziś proszę aby każda z was która to przeczyta zostawiła po sobie mały ślad w postaci kilku słów pod tym rozdziałem, dobrze? :)
Zaraz rozdział pojawi się również na drugim blogu także zapraszam ;)
A już jutro nowe przygody Emmy i Harry'ego!
Kocham. Magda :*

czwartek, 15 listopada 2012

Rozdział 102



– Ale jak to Panie Doktorze?- usłyszałam jak przez mgłę- Jest Pan pewien?- czyjś głos załamał się… Zaraz… To był głos Harry’ego
- Przykro mi Panie Styles… Badania na to wskazują. Oczywiście nie jest to ostateczna diagnoza, musimy jeszcze zrobić kilka badań ale wszystko wskazuje na..-
- Na co Panie doktorze?- zapytałam otwierając oczy
- Em!- Harry rzucił się w moją stroną i mocno mnie przytulił.- Jak się czujesz? Wszystko dobrze?- zapytał mnie a ja zobaczyłam biały fartuch,  który opuścił moją salę
- Tak dobrze się czuję tylko pytanie ile jeszcze będę musiała tu zostać Harry?- spojrzałam na niego… Jego twarz była taka, lekko smutna i pokryta czerwonymi plamami- Harry powiedz mi czy coś złego się wydarzyło?- zapytałam gładząc jego policzek
- Nie kochanie, wszystko jest dobrze- ujął moją dłoń i pocałował- Nie wiem kiedy pozwolą Ci opuścić szpital ale mam nadzieję, że już za niedługo a tak w ogóle to…- do pokoju wpadli chłopcy. Byli wszyscy z wyjątkiem Niall’a
- Em!- każdy z nich rzucił się na mnie nie dbając o mój stan. Zostałam przez nich wycałowana jak mało kiedy. Tylu buziaków nie dostałam od nich nawet na urodziny.- Jak się czujesz? Co z Tobą? Czemu się nie śmiejesz? Jak tam maluch? Daje o sobie znać?- Te i inne pytania cisnęły się z ust chłopców
- Spokojnie. Nie umieram przecież- zaśmiałam się co nie spotkało się ze śmiechem chłopaków- Chyba jednak zaraz umrę przez to, że jesteście tacy drętwi. Miśki czuję się dobrze, mała kopie jak nie wiem. Jedyne o czym marzę to moje łóżko…- rozmarzyłam się a reszta powoli zaczynała się uspokajać. Po około 40 minutach śmiechów przyszła pielęgniarka która musiała ich na chwilę wyprosić. Zmieniła mi opatrunki, przemyła wenflon, podała leki i zbadała tętno dzieciaczka. Po chwili chłopcy mogli już wrócić ale nie wrócili sami- przyszła razem z nimi Marry i Gemma. Byłam zadowolona, że mam tylu przyjaciół na których mogę liczyć. Dziewczyny przyniosły mi soki do picia i jakieś przekąski, które pozwoliłam zjeść chłopakom . W pewnym momencie do Sali wszedł doktor, który poprosił Harry’ego. Ten rzucił chłopakom spojrzenie pełne strachu a mi? Uśmiech przyklejony na chama do twarzy…. Co za sprawiedliwość?

- Proszę usiąść Panie Styles.- powiedział lekarz siadając w swoim wielkim białym fotelu- Chciałbym mieć dla Pana dobre wiadomości ale to nie jest możliwe. Przed chwilą przyszły ostatnie wyniki badań, które potwierdzają chorobę Pana narzeczonej. Tak mi przykro- spojrzał na mnie. Poczułem się tak jakby ktoś wyrwał mi serce. To były jakieś żarty czy coś? Zemsta dziennikarzy za kłamstwo tak? Przecież to nie mogło się dziać, przecież to nie mogło tak być!
- Em ma raka?- wydusiłem z siebie. Przecież Em i rak… Te słowa wzajemnie się wykluczały
- Tak ale musi Pan wiedzieć, ze to nie jest wyrok. Ona może żyć  i będzie. Co prawda choroba zdążyła co nieco spustoszyć jej ciało ale to wszystko można odbudować tylko musi zgodzić się na chemioterapię- wyjaśnił Pan Doktor…. Chemioterapia? Spustoszenie w jej ciele? Wyrok?
- A co z dzieckiem? Czy chemioterapia nie zaszkodzi dziecku?- zapytałem
- No właśnie…. To jest to kwestia, która jest mocno naciągana. To jest oczywiste, że chemioterapia osłabia ciało dorosłego człowieka a co dopiero ciało tak malutkiego dziecka. Taka chemia może doprowadzić nawet do śmierci płodu- moje oczy zaszły łzami.
Nie… Nie wierzyłem w to, nie wierzyłem w to, że nasze życie nagle tak zaczęło się sypać. Przecież… Co ja teraz zrobię? Ja nie mogę stracić ich obydwu…
- Ile jej zostanie czasu gdy nie podejmie się leczenia chemią?- zapytałem czując jak moje serce powoli rozpada się na kawałki
- Plus minus dwa góra dwa i pół miesiąca.- zakryłem twarz rękoma- Oczywiście chemioterapia też nie jest w stanie zapewnić Pańskiej narzeczonej wygrania z chorobą. Emma ma 50 % szans na wygranie tej walki. Powie Pan to jej czy to ja jako lekarz mam przekazać jej te wiadomości?-
- Powiem jej.- wyszeptałem i wyszedłem z gabinetu. Musiałem usiąść ochłonąć, dojść do siebie po tym co usłyszałem.
Nie wyobrażałem sobie życia bez niej, nie potrafiłem tego przyjąć do wiadomości, że za trzy miesiące mogę jej już więcej nie ujrzeć, że mogę stracić ją raz na zawsze. Nie tak miało wyglądać nasze życie! Nie tak miało to wyglądać! Miał być ślub, miała przyjść na świat nasza córka, mieliśmy ją wspólnie wychowywać.. Mieliśmy być dla niej wzorami..
- Harry?- spojrzałem w górę i ujrzałem stojącą nade mną Rose. W ostatnich miesiącach to właśnie z nią Em spędzała większość czasu.- Stało się coś?-
- Nie Rose, jest dobrze. Em leży w 345- powiedziałem a ona ruszyła do jej Sali.
To było niemalże pewne, że Em powie nie na chemioterapię, nie będzie chciała tego ze względu na dziecko… Jak ja mam jej to powiedzieć? Jak mam jej powiedzieć, że zostało jej niecałe trzy miesiące życia? Przecież ona nawet nie będzie mogła donosić do końca ciąży…
Otarłem łzy wierzchem dłoni i podszedłem do automatu z wodą. Nalałem sobie kubek zimnej i wypiłem ją duszkiem. Zaczepiłem pielęgniarkę prosząc ją o coś na uspokojenie. Kiwnęła głową i po chwili dała mi tabletkę koloru niebieskiego. Połknąłem ją szybko i powoli ale to naprawdę powoli ruszyłem do Sali 345.

Em wyglądała niczym okaz zdrowia. Śmiała się, żartowała, buzia się jej nie zamykała. Gdy dotknąłem jej brzucha dostałem kilka kopniaków po ręce. Bawiło to rudowłosą dziewczynę. Może i była bledsza, miała bardziej widoczne sińce pod oczami ale tak… Nie mógłbym stwierdzić, że taka choroba jak białaczka pustoszy jej ciało.
Gdy dziś rano Harry zadzwonił do mnie i powiedział mi o tym byłem przerażony. Przez pierwsze kilka minut nie wiedziałem w ogóle co się dzieje. Dopiero po pewnym czasie ta straszna wiadomość dotarła do mnie… Ale jak to? Moja Em? Moja wieczna radosna, rozgadana i roześmiana Em miała teraz odejść na tę drugą stronę? Teraz?! Gdy wszystko zaczęło się jej układać? Gdy znalazła tego jedynego, zaręczyła się, zaszła w ciąże i planuje ślub?! Teraz?! Bóg chyba nie zna sprawiedliwości…. Przecież to nie może okazać się prawdą przecież Em… To ona nas trzyma przy życiu, to ona łączy nas zespół… To dzięki niej zaczęliśmy poznawać siebie na nowo….   
- Ej Zayn wróć do nas- ręka Emmy pojawiła się przed moja twarzą
- Już wracam, wracam. Po prostu usiłowałem sobie wyobrazić nasze pierwsze dziecko…- wszyscy spojrzeli na nas a Liam wyszeptał coś w stylu: teraz to dał plamę- Chodziło mi o pierwsze dziecko w sensie pierwsze dziecko w zespole no a poza tym to Twoje dziecko i Harry’ego więc… Dobra już się nie kompromituję- wszyscy zaśmiali się łącznie z Em. Po chwili do Sali wszedł Harry z bardzo nieudolnym uśmiechem
- Możecie zostawić nas samych? Na chwilę- powiedział a ja wiedziałem, czułem że moje najgorsze sny będą miały się właśnie spełnić. Spojrzałem na niego a on tępo wpatrywał się w jarzeniówkę. Czułem że moje serce zaczyna powoli ale to naprawdę powoli pękać. Miałem nadzieję na to, że ich rozmowa będzie np. o pogodzie albo o czymś całkowicie innym a nie o białaczce. Jednak po chwili moje wszystkie złudne nadzieje pękły i rozsypały się po całym ciele niczym sznur pękniętych korali.
Spoglądałem na nich przez szybę w ścianie. Harry powoli podszedł do niej  chwycił jej dłonie. Po chwili jedną z nich położył na jej brzuchu i zdaje się, że powiedział coś śmiesznego bo Em zaśmiała się. Jednak po chwili jej uśmiech zaczął się zmniejszać. W pewnym momencie zastąpiła go mina wyrażające przerażenie i dezorientację. Chwilę później dziewczyna płakała ukrywając swoją twarz w swoich dłoniach. Mówiła coś do niego a on siedział jak ten idiota i nawet jej nie przytulił. Czułem, że nie wytrzymam tego bólu. Nie dam rady bez niej, bez jej uśmiechu, bez jej głosu i tych śmiesznych anegdotek. Ona nie może umrzeć! Za żadne skarby, zrobię wszystko aby żyła…. Zrobię wszystko.
Spojrzałem na nich oczami pełnymi łez. Teraz Em kręciła przecząco głową i powtarzała w kółko nie. Nie wytrzymałem, musiałem wyjść i zapalić.

Gdy Harry wszedł do jej Sali z taką grobową miną wiedziałem, że jego obawy co do choroby Em potwierdziły się. Momentalnie zalała mnie fala smutku i tego dziwnego uczucia gdy dowiadujesz się, że osoba bliska Twojemu sercu umiera. Spoglądałem to na Zayn’a to na nich. Em płakała a Harry starał się jej coś wytłumaczyć. Ona jednak szła w zaparte i upierała się kręcąc głową. Po chwili Zayn zresztą tak jak przewidywałem przegrał walkę z samym sobą i z oczami pełnymi łez kierował się ku wyjściu.
- Zayn!- krzyknąłem i pobiegłem za nim- Pójdę z Tobą- powiedziałem sam nie mogąc wytrzymać widoku płaczącej Em.

- Em proszę Cię, zgódź się na tę chemię. Błagam Cię- patrzyłem na nią błagalnym wzrokiem
- Nie Harry! Nie ma takiej opcji. W życiu nie skażę własnego dziecka na pewną śmierć.- odparła ciągle płacząc
- Posłuchaj mnie- ująłem jej twarz w dłonie- Kocham Cię i nie chcę Cię stracić. Przecież ta choroba nie jest wyrokiem, Ty wcale nie chcesz umrzeć Em. Wiem, że jesteś w szoku, ja również ale proszę Cię przemyśl to wszystko na spokojnie, nie podejmuj pochopnych decyzji-
- Harry ja nie poddam się chemioterapii. Tego jestem pewna i mówię to całkiem świadomie. Ile mi zostało czasu?- zapytała mnie a łzy w końcu wygrały walkę z moją silną wolą
- Prawie trzy miesiące- powiedziałem i przytuliłem ją za całej siły. Nie mogłem wyobrazić sobie tego, że któregoś dnia mogę się obudzić i nie ujrzeć jej twarzy. To do mnie po prostu nie chciało dojść…. Nie potrafiłem sobie wyobrazić tego, że taka czynność jak przytulenie mojej ukochanej może być, któregoś dnia tylko wspomnieniem.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hello!
A zrobię wam niespodziankę a co! Wiem, że rozdział miał pojawić się dopiero jutro ale korzystając z okazji, że nie muszę się uczyć (!) co jest dosyć dużym plusem wstawiam wam dziś rozdział lekko smutny, lekko rozczarowujący no  i rozdział przy którym ja, Magda- serce z lodu ryczę jak bóbr.
Oh... Już mi grozicie więc nie jest źle, widać, że wam się podoba :D
Jak wam słoneczka mija ten tydzień? Jutro piątek! *-* i wywiadówka ale nie martwię się tym teraz, to dopiero jutro :)
Wróciłam niedawno ze szkoły i regeneruję siły na jutro. Och całe 2 wf, 2 chemie, religia i godzina z wychowawcą. Lepiej być nie mogło! No i nie ma dwóch polskich! Czyż to nie raj na ziemi?
Oh spójrzcie na ten ruch tyłka Niall'a! Nie wiem jak jest z wami ale on mnie nawiedza w każdym śnie od kilku dni! :D
Pytanie do was moje złotka:
1. Czy Emma jednak zdecyduje sie na chemie?
2. Czy Harry przetrwa to wszystko bez większego załamania?
3. Jak sądzicie czy uczucia Emmy będą jednoznaczne? Czy wykluczacie wszelkiego rodzaju uniesienia i niepewności?
4. Będziecie czytać opowiadanie Fantasty tylko bez 1D? Wiecie... Chciałabym coś takiego zacząć pisać bo nie wykluczam takiego... małego wydania książki? Och to za duże słowa. Chciałabym wydrukować swoje wypociny i dlatego właśnie chciałabym pisać coś takiego pod tym kontem. Chętne?
5. Jak się czujecie z myślą, że to koniec opowiadania?
To tyle myszki, mam nadzieję, że rozczarowań nie ma:D
Na drugim blogu rozdział jutro a póki co składam uściski na wasze ramiona i spadam!
Papapa! Magda :)

niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 101



* 3 miesiące później*
Każdy nasz kolejny dzień był ucieczką przed dziennikarzami. Z biegiem czasu zaczynało się robić dookoła nas coraz mniej szumu i praktycznie po miesiącu ,, prześladowania” nas dziennikarze zrezygnowali a my mogliśmy w końcu zacząć żyć swoim życiem.
Dziecko rosło jak na drożdżach, z dnia na dzień było coraz większe a ja czułam się niebywale szczęśliwa. Na dworze było coraz chłodniej, liście zaczynały barwić się na różne kolory a ja coraz bardziej traciłam siły. Poznaliśmy płeć dziecka- mieliśmy mieć córeczkę. Harry dowiedziawszy się, że będzie to dziewczynka popłakał się ze szczęścia. Powiedział, że to spełnienie jego marzeń by być ojcem równie pięknej jak mama córki.
Kłótni między nami nie brakowało ale zaraz, po kilku godzinach siedziałam u niego na kolanach i żaliłam się mu z obolałych nóg.
- Harry!- krzyknęłam układając ubrania w szafie- Tyle razy Ci mówiłam abyś kładł brudne rzeczy do kosza, nie do szafy!-
- Przepraszam!- krzyknął z dołu. Pokręciłam głową nie wierząc w jego słowa. Wzięłam ubrania z kosza i podreptałam na dół.

Siedziałem na dole i skręcałem szafkę gdy usłyszałem kroki na schodach. Wiedziałem, że to Em ale najpierw zobaczyłem jej brzuszek a potem dopiero jej ciało.
- No i co się tak patrzysz?- zrobiła śmieszną minę
- Kocham Cię- uśmiechnąłem się. Dziewczyna odstawiła kosz z brudnymi ubraniami i podeszła do mnie. Usiadła mi na Kolnach i delikatnie pocałowała.
- Jestem taka obolała… Nogi dosłownie mam jak betonowe słupy a kręgosłup… Kręgosłup jeszcze tak mnie nie bolał. Harry, ja już mam dosyć…-
- Em… ciąża to powinien być ten czas gdy kobieta cieszy się ze swojego odmiennego stanu a nie na niego narzeka- zwróciłem jej uwagę
- Dobrze Ci mówić bo Ty nie przytyłeś 20 kg, nie masz dużego brzucha i możesz normalnie chodzić.- podniosła się do góry ale raptownie opadła mi na kolana
- Ej wszystko dobrze? Dobrze się czujesz?- zapytałem lekko się wystraszywszy
- Jakoś mi jest dziwnie. Od kilku dni boli mnie głowa, czuję się osłabiona a na dodatek to krwawienie z nosa o którym Ci wspominałam…-
- Nie powinnaś się tak przepracowywać. Idź, połóż się tutaj w salonie, ja zrobię Ci herbaty a jak nadal będziesz tak źle się czuła pojedziemy do lekarza- powiedziałem  a dziewczyna wstała
- Moja głowa… - jęknęła i ruszyła na kanapę. Podniosłem z podłogi śrubokręt i usłyszałem dźwięk tłuczonych naczyń. Em leżała nieprzytomna na podłodze a z jej nosa sączyła się obficie krew….

I znów szpital, i znów białe ściany…. Nie mogłem wejść do Sali w której badano Em, nie odpowiadano mi na pytania dotyczące jej stanu, nie chciano mi udzielić nawet odpowiedzi na pytanie co z dzieckiem. Siedziałem tam, przed salą około godziny i nadal nic nie wiedziałem. Przez szybę udało mi się dostrzec jej twarz. Była blada, pod oczami miała sińce a jej usta przybrały mocno brunatny odcień. Podłączona była do mnóstwa urządzeń, które kontrolowały jej czynności życiowe. Lekarze przebrali ja w białą koszulę co było oznaką, że zostanie w szpitalu…
W końcu po tak długim oczekiwaniu z Sali wyszedł lekarz
- Pan Harry…- spojrzał w kartę- Pan Harry Styles?- zapytał mnie lekarz a ja podniosłem się z siedzenia
- Tak, co z Emmą? Czy wszystko dobrze z dzieckiem?- zalałem go gradem pytań
- Może nie będziemy tak stali tutaj tylko przejdziemy do mojego gabinetu?- wskazał ręką pomieszczenie. Kiwnąłem głową. Miałem przeczucie, że stało się coś niedobrego, czułem, że stan Emmy nie jest najlepszy…
- Umie Pan powiedzieć od kiedy Pańska narzeczona źle się czuła?- zapytał mnie wyjmując jej kartę
- Co z dzieckiem?- zapytałem ignorując jego pytanie
- Proszę posłuchać stan Pani Emmy nie jest najlepszy więc niech Pan się skupi i powie mi wszystko co wie.- przybrał surowy wyraz twarzy
- To wszystko zaczęło się około półtora tygodnia temu. Em obudziła się i dostała krwotoku z nosa. Powtarzało się to praktycznie każdego ranka, wtedy gdy się zdenerwowała lub podniosła coś. Po kilku dniach doszła do tego senność i bóle głowy. Często skarżyła się na bóle nóg i kręgosłupa… Sądziliśmy, ze taki objawy nie wróżą nic złego..- wytłumaczyłem. Do Sali weszła pielęgniarka i podała lekarzowi wyniki badań. On kiwnął głową po czym dziewczyna opuściła pokój.
- Zdrowiu dziecka bezpośrednio nie zagraża nic ale Pańskiej przyszłej małżonce i owszem. Z tego co tu widzę to jest anemia typowa dla kobiet w ciąży ale…. – lekarz zbladł- Ile ona ma lat?- zapytał
- 17, co tam widać Panie Doktorze?- tym razem to lekarz zignorował mnie i chwycił po telefon
- Pani Cox proszę pacjentkę z 345 przygotować do biopsji szpiku. Teraz.- powiedział poważnym głosem i rozłączył się- Na podstawie tych badań mogę jedynie stwierdzić leukocytozę i małopłytkowość. Nic więcej.-
- To po co ta biopsja szpiku? Chce Pan powiedzieć, że ona może mieć białaczkę?!- krzyknąłem nie wierząc we własne słowa. Lekarz najwyraźniej zdziwiony moją medyczną wiedzą przyjrzał mi się uważnie
- Nie mogę tego teraz już stwierdzić ale nie mogę tego wykluczyć. W jej organizmie jest za dużo białych krwinek co może być również spowodowane jaką infekcją- rozległ się dzwonek- Naprawdę Pana przepraszam, musze już iść i radzę Panu również pójść i porządnie się wyspać. Dziś już Pan nie zobaczy swojej ukochanej. Proszę przyjść jutro około 13. Wtedy właśnie zaczynam dyżur i już będę mieć wstępne wyniki badań. – otworzył mi drzwi a ja niezbyt pewnym krokiem wyszedłem na korytarz. Zobaczyłem moją Em leżącą na tym łóżku, bladą, pozbawioną wyrazu twarzy. Znikły jej wiecznie czerwone policzki i uśmiech również. Spała… Lub była ciągle nieprzytomna… Odwróciłem wzrok i wyszedłem na chłodne powietrze. Wyciągnąłem telefon i wykręciłem numer do osoby, która w tym momencie mogła mnie zrozumieć:
- Halo? Lou? Mogę do Ciebie przyjechać?-

Zdziwił mnie telefon Harry’ego. Kogo jak kogo ale jego ostatniego spodziewałbym się w tym domu. Oczywiście cieszyłem się, że chce przyjechać  i pogadać ale…. Ale w jego głosie było coś dziwnego. Nie wiem czy to był strach czy raczej przerażenie ale na pewno to nie była radość. Może pokłócił się z Emmą? Nie miałem pojęcia. Harry i jego specyficzny charakter dla każdej osoby były wyzwaniem i dziwiłem się Em, że chce pojąć go za męża. No wiadomo. Wytrzymać rok, dwa lata można ale całe życie?! Nie wiem czym zdecydowałabym się na taką inwestycję. Tym bardziej że nasz Hazzuś lubił mieć humorki.
Po około 30 minutach usłyszałem dzwonek do drzwi. Za nimi stał Hazza ale był… Był jak nie Harry. Jego twarz przybrała smutny wyraz, w oczach miał łzy a kąciki ust drżały.
- Mogę?- zapytał wyjmując drżącą dłoń z kieszeni bluzy i podając ją mi
- Śmiało, wchodź- zaprosiłem go do środka
- Przepraszam, że tak zwalam Ci się na głowę ale jesteś jedyną osobą z którą jestem w stenie teraz porozmawiać- powiedział i poszliśmy do salonu
- Harry co się stało? Czy Ty płakałeś?- na jego policzkach udało mi się dostrzec stróżki po łzach, które w połączeniu z jego minął mówił same za siebie
- Jak nie płakać… Louis…- pierwszy raz od bardzo dawna zwrócił się do mnie używając mojego pełnego imienia- Em jest w szpitalu…- kilka łez wypłynęło z jego pięknych zielonych oczu
- Jak to Harry? Co się stało?!- przestraszyłem się- Wszystko z nią dobrze?!- pokręcił przecząco głową- Chyba nie chcesz powiedzieć, że…- podniosłem rękę do ust chcąc ukryć moje przerażenie
- Nie Lou… On żyje. Z dzieckiem wszystko dobrze ale lekarz… On kazał zrobić jej biopsję szpiku. Takie badanie robi się chcąc potwierdzić białaczkę…-drżącymi rękoma otarł łzy- Ja boję się o nią… Tak bardzo się boję- wtulił się we mnie a ja mocno przytuliłem go do siebie. Byłem w szoku. Jak to możliwe? Przecież Em była okazem zdrowia, zawsze wysportowana, wiecznie uśmiechnięta dziewczyna i teraz nagle rak?! Jakim cudem??
Ciało tulącego się do mnie Harolda drżało z każdą chwilą coraz mocniej. Gładziłem go po plecach chcąc go w jakiś sposób pocieszyć… Ale co w takiej chwili da mu pocieszenie skoro on nie wie co robią tam z jego przyszłą żoną?!
- Mogę zostać dzisiaj u Ciebie na noc?- zapytał- Nie chcę wracać do domu… Nie chcę być sam.- wyjaśnił
- Jasne. Jestem moim najlepszym przyjacielem i mój dom zawsze stoi dla Ciebie otworem.- uśmiechnąłem się- Nie martw się… Wszystko będzie dobrze. Pojedziemy jutro do szpitala i dowiemy się wszystkiego. Jak będzie trzeba załatwimy jej miejsce w najlepszej klinice jaką znajdziemy. Ona nie ma białaczki Harry. Zobaczysz, za niedługa ją wypuszczą i znów będzie siedziała z nami i znosiła się śmiechem. Pobierzecie się, będziecie szczęśliwi i wszystko wróci do normy- powiedziałem
- Tak myślisz?- spojrzał załzawionymi oczami na mnie
- Ja nie myśle Harry, ja to wiem- wypowiedziałem sam nie wierząc w te słowa… Po kilku minutach milczenia Harry poszedł wziąć prysznic a ja zrobiłem nam jakąś zjadliwą kolację. Nie mogłem sobie wyobrazić, ze w pewnym momencie możemy stracić naszą rudowłosą i wiecznie pogodną Em…  Oczywiście to leżało w ludzkiej naturze, że w końcu każde z nas umrze ale nie teraz… Nie w sile wieku i nie przez nowotwór. Nie kiedy zaczynało nam się życie układać….. Nie umiałem przyjąć tego do wiadomości, ze zamiast bawić się na ślubie Harryego i Emmy możemy płakać nad jej trumną….. To nie mogło się tak skończyć.

Byłem wdzięczny Louisowi za to co dla mnie zrobił, byłem mu wdzięczny za to, że nie nadużywał słów tylko milczał razem ze mną. Wiedziałem, że jego też to uderzyło bo gdy tylko powiedziałem, że Em jest w szpitalu jego ciało posztywniało, całkowicie jakby ktoś dźgnął go igłą w ważny nerw. Dlaczego twierdziłem, że to on może mnie zrozumieć? Bo tak było. On też darzył Em uczuciem i to on właśnie mógł mnie w jakikolwiek sposób pocieszyć. No i jakby nie było to właśnie z nim byłem najbardziej związany…
Zimna woda lecąca wprost na mnie wyrwała mnie z zamysłu i zacząłem myśleć racjonalnie. Gdyby Em miała raka czułabym jakieś zmiany w swoim organizmie, czułaby że coś się dzieje. Może i lekarz miał rację? Może leukocytoza była powodem jakiegoś stanu zapalnego? Przecież ta biopsja mogła być zrobiona tylko po to by WYKLUCZYĆ białaczkę. Wychodząc spod prysznica byłem tego całkowicie przekonany. To na pewno tak miało być i tak jak mówił Lou, za niedługo ją wypuszczą i będzie dobrze, będzie tak jak ostatnio. Na pewno. Spojrzałem w lustro. Byłem blady, oczy miałem zaczerwienione od łez a kąciki ust nadal mi drżały. No ale czym ja się przejmuję? Przecież Em będzie zdrowa i na pewno wyjdzie z tego cało. Potrząsnąłem głową, jak to miałem w zwyczaju, i rzuciwszy po raz ostatni wzrokiem na swoje odbicie wyszedłem z łazienki.
I tu mnie Lou pozytywnie zaskoczył. Na stole stały ciągle parujące kubki z kakao, jajecznica oraz jakieś drożdżówki z dżemem. Do tej pory nie odczuwałem głodu ale gdy do moich nozdrzy doszedł zapach jajecznicy… Mój brzuszek dał o sobie znać i to w bardzo wymowny sposób..
- Widzę, że w porę kolacja gotowa- zaśmiał się Lou wychodząc z kuchni niosąc sól oraz pieprz
- No tak trochę zgłodniałem…- podrapałem się po głowie i siadłem obok kolegi. Włączył telewizor i trafiliśmy akurat na jakąś komedię. Śmiechu nigdy za wiele, prawda?

Płakaliśmy ze śmiechu, co chwilę śmieszne teksty głownych bohaterów wbijały nas w fotel co owocowało wybuchem śmiechu. Tego właśnie było mi trzeba, śmiechu radości i zapomnienia o tych wszystkich nieprzyjemnych rzeczach. Gdy film w końcu dobiegł końca ziewnąłem leniwie.
- Zmęczony co?- zapytał Lou wyłączając telewizor
- Odrobinę- odparłem
- Chodź, położymy się- powiedział Lou- Jeśli chcesz to możesz spać wraz ze mną a jeśli nie…-
- Daj spokój Lou. Możemy spać razem. Przecież nic się nie stanie.- uśmiechnąłem się. Po chwili znaleźliśmy się w jego sypialni. Od razu położyłem się i nim zdążyłem powiedzieć Lou dobranoc spałem niczym zabity.

Przebudziłam się w całkowicie nieznanym mi miejscu. Po chwili usłyszałam pikanie w rogu pokoju i ujrzałam maszynę, która badała zarówno mój jak i dziecka puls. Byłam podpięta do kroplówki, różnych innych urządzeń i miałam jedną czarną dziurę w głowie. Dotknęłam pośpiesznie brzucha i wyczułam delikatnie kopnięcie. Odetchnęłam z ulgą. Co by się nie stało ale z dzieckiem wszystko dobrze…. Po chwili do Sali weszła pielęgniarka.
- O! Przebudziła się Pani- uśmiechnęła się miło- Boli coś Panią?- odpięła ode mnie kroplówkę tylko po to by za moment podpiąć nową
- Dziękuję, czuję się dobrze ale może powiedzieć mi Pani co się tu dzieje? Dlaczego jestem w szpitalu? Gdzie mój narzeczony? Co się stało?- zalałam ja pytaniami
- Spokojnie, proszę się nie bać o nic. Zemdlała Pani w domu i dlatego ta wizyta w szpitalu. Pan Harry pojechał do domu, na prośbę lekarza. Przyjedzie rano a teraz…- wyjęła strzykawkę i wbiła mi ją w wenflon- Zaśnie Pani spokojnie…- ostatnie co pamiętam to jej uśmiech i jej rękę na kontakcie… Usnęłam
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No to się zaczęło...
Moja bezwzględność teraz zacznie o sobie dawać znać:)
Szaleje z tymi rozdziałami wiem, ale to już niestety ostatni na dziś i na kolejne 5 dni...
Tak koteczki, rozdział dopiero w piątek bo ilość klasówek i kartkówek w tym tygodniu mnie przeraża. No nie zapominajmy o wywiadówce:D
Co z tego wyszło? A wyszło, wyszło:) 
Jak myślicie? Czy potwierdzą się najgorsze myśli Hazzy?
Jak myślicie? Co dalej może się zdarzyć?
A co do mojego trzeciego bloga to mogę wam powiedzieć, że na prawdę miło was zaskoczę.
Ale wszystko w swoim czasie!
Miłego wieczorka, zmykam do książek które mnie pragną!
Kocham, Magda :)