. – Coś Ty najlepszego zrobił?!- Gemma rzuciła się na mnie
już od progu- Wiesz coś narobił?!-
- Poczekaj, powoli. O co chodzi?- zapytałem spokojnie
doskonale wiedząc co ma na myśli. Postawiłem na podłodze siatki z zakupami i
zacząłem się rozbierać
- Jak o co mi chodzi?! Ty chyba kpisz sobie ze mnie
tak?!- oczy o mało nie wyszły jej z
oczodołów
- Chodzi Ci o ten krótki wywiad przed sklepem?- dalej ją
drażniłem idąc powoli do kuchni. Po chwili układałem już rzeczy w lodówce
- Tak o to właśnie mi chodzi. I jak możesz być taki
spokojny? No jak Harry?-
- Ale czemu Ty się tak denerwujesz? Przecież powiedziałem im
tylko o dwóch rzeczach. Nic więcej. Nie wiem o co robisz tyle krzyku….-
- Co Ty robisz ze swoim życiem Harry? Spójrz na siebie,
cofasz się wstecz. Spędzasz godziny patrząc się na jej zdjęcia- otworzyła
szafkę i wyjęła kosz na śmieci- Pijesz Harry! Jak możesz!- jej mina była
przepełniona troską o moje życie i zdrowie. Poczułem narastającą we mnie
złość.. Co nie zrobię to wszystko źle. Chcę jechać do niej- źle. Siedzę w domu-
źle. Nie mówię nic- źle. Mówie- źle. Cholery można dostać!- Gdyby tylko Em tu
była…- zaczęła siostra
- Ale jej tu nie ma więc o niej nie mów! Nie po to tutaj
przyjechałaś aby mi teraz prawić jakieś nauki moralne. To jest moje życie i to
moja sprawa co z tym robię! Emma tu wróci i wszystko będzie dobrze…- krzyknąłem
- Harry ona umiera! Nie rozumiesz tego?! Z każdym dniem jest
coraz bliżej swojego groby a Ty zamiast siedzieć z nią i ją wspierać wolisz
zaszyć się w swoich ścianach!- dziewczyna wybuchła złością nie mogąc znieść
mojego ,, niedojrzałego” zachowania.
Poczułem jakby ktoś wylał na moją głowę wiadro lodowatej
wody. Pierwszy raz, od momentu w którym Emma trafiła do szpitala, ktoś nie bał
się i uświadomił mi, że z każdym dniem ona zbliża się do tego ostatecznego
dnia. To było jak najmocniejszy policzek w twarz.
- Harry ja… jejku przepraszam.- dziewczyna chwyciła się za
twarz jakby chcąc nie powiedzieć więcej nic złego- To wszystko przez te butelki
i Twój lekceważący ton. Ciągły stres już daje o sobie znać a ja..-
- Daj spokój. Masz rację. Tutaj nie ma i ni będzie cudu. Ona
umrze, i to całkiem za niedługo- powiedziałem i szybkim krokiem skierowałem się
do naszej sypialni
- Harry!- usłyszałem za sobą ale nie miałem ochoty jej
słuchać. Musiałem chwilę pobyć sam.
Doktor od kilku minut przyglądał się mojemu wynikowi badań.
Przeglądał kartki, dzwonił gdzieś, sięgał do książki i ponownie dzwonił. Mówił
językiem całkiem dla mnie niezrozumiałym więc próba podsłuchania rozmowy lub
choćby podchwycenie jej wątku szła na marne. Siedziałam i głaskałam swój brzuch
gdy nagle zadzwonił Harry.
- Proszę śmiało odebrać.- powiedział lekarz nie odrywając
wzroku znad białych kartek.
* rozmowa*
- Tak?- zapytałam lekko drżącym głosem
- Cześć kochanie…- usłyszałam jego cudowny, ciepły głos- Jak
się dziś czujesz?-
- Jakby z dnia na dzień coraz lepiej- skrzywiłam się- Wydaje
mi się, że trochę sił mi przybyło więc może pójdziemy na spacer dookoła
szpitala jak w końcu mnie odwiedzisz- usłyszałam jego lekki szloch. Czyżby on
płakał?- Wszystko w porządku?-
- Tak Em, tak. Siedzę i oglądam naszej zdjęcia i tak jakoś
wszystko napędziło machinę wspomnień. Oczywiście, że pójdziemy. Jutro rano
przyjadę do Ciebie i cóż dużo mówić, od rana do samego wieczora jestem Twój-
uśmiechnęłam się na samą myśl spędzenia z nim całego dnia- Gemma jest u nas i
próbuje jakoś mnie podnieść na duchu ale coś jej to nie wychodzi.- chłopak
zaśmiał się nerwowo. Kłamał.- No a poza tym byłem na zakupach i ona posprzątała
u nas. Kazała mi się doprowadzić do porządku i oto jestem- niczym młody bóg!-
zaśmialiśmy się oboje. Gdzieś w głębi serca poczułam ulgę, która wydawała się
sprawczynią uśmiechu na twarzy
- A jak chłopaki?- zapytałam spoglądając na lekarzy
szepczących obok mnie. Mieli niewesołe miny….- Wszystko dobrze? A jak praca?-
- Praca jak praca. Mimo iż wiele jej nie ma fanki potrafią
wycisnąć z nas ostatnie krople potu. Wiesz Em chciałem Cię o coś spytać…-
zaczął Harry a ja go już nie słuchałam lekarz machał na mnie ręką więc musiałam
kończyć
- Harry zadzwonię do ciebie za niedługo dobrze?- zapytałam i
nie czekając na odpowiedzieć rozłączyłam się
- No to już wiemy moja droga co tam się dzieje- oznajmił
ten, którego nie znałam- A tak w ogóle nazywam się Jack, Jack Sebold.- podał mi
dłoń
- Wszystko dobrze? Panowie nie wyglądają na zadowolonych…-
- Jakbyś się podjęła chemioterapii mielibyśmy znacznie
weselsze miny ale tak to o…- czyli zaczynało być nie za dobrze- W węzłach
chłonnych pojawiły się drobne zmiany tzw. Przeżuty, które świadczą o tym, że
Pani organizm się poddaje. Nie ma siły walczyć z tą chorobą- wyjaśnił dr.
Sebold- Możemy je wyciąć ale…-
- Ale jaki jest tego sens?- zapytał lekko wytrącona z
równowagi- Przecież i tak umrę a poza tym dla mnie nie ma już ratunku. Sam Pan
powiedział, że mój organizm się poddaje.-
- Zawsze możesz podjąć się chemioterapii- wyjaśnił mój
lekarz- jeszcze nie jest za późno-
- Wydaje mi się, że wyjaśniliśmy sobie tę kwestię Panie
Doktorze- spojrzałam na niego spod byka
- W takim razie mamy związane ręce. Nie chcesz się na nic
zgodzić, naprawdę chcesz umrzeć?!- młodszy z lekarzy najwyraźniej mnie nie
rozumiał
- Pozwoli Pan, że tę kwestię zatrzymam tylko i wyłącznie dla
siebie.- odrzekłam spokojnie.- Jest coś jeszcze o czym powinnam wiedzieć?-
zapytałam czując, że za chwilę zostanę wyprowadzona przez nich z równowagi
- Z dzieckiem wszystko dobrze. No i…- spojrzeli na siebie-
Nie wykluczamy tego, że będziemy chcieli wywołać nieco wcześniej poród. Jeśli
rak będzie się tak szybko rozprzestrzeniał i pozbawiał Cię w takim szybkim
tempie siły…. Nie będziesz mogła sama urodzić. Wiemy, że zawsze pozostaje
cesarskie cięcie ale nie chcemy tego zostawiać na ostatnią chwilę.- kiwnęłam
głową na znak zrozumienia- Ponadto musisz liczyć się z ryzykiem śmierci po
samodzielnym porodzie….- moje serce skurczyło się mocno kilka razy
- Co to ma znaczyć?- zapytałam łapiąc się za serce, które
coraz szybciej pompowało krew
- Możesz nie zobaczyć swojego dziecka, umrzesz na skutek
wycieńczenia.- zrobiło mi się ciemno przed oczami
- Emmo!- usłyszałam nim wszystko znikło mi sprzed oczu.
* Następnego dnia rano*
Do Sali wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha Harry. W ręku
trzymał bukiet herbacianych róż i teczkę.
- Chodź tu chodź tu szybko!- machałam w jego kierunku
rękoma. Gdy podszedł rzuciłam się mu na szyję i zaczęłam składać delikatne
pocałunki- Ale się stęskniłam za Tobą no!- uśmiechnęłam się.- Tylko wszedłeś i
od razu wrócił mi humor- pocałował mnie czule- A tego to mi brakowało
najbardziej.- rozmarzyłam się.
- Naprawdę?- zrobił śmieszną minę. Pokiwałam głową- Róże dla
mojej kobiety- wstawił je do stojącego na stole wazonu
- Dziękuję- szepnęłam chcąc sięgnąć po kubek z wodą
- No nie możesz poczekać?- brunet podszedł do mnie i podał
mi ów kubek- Nic a nic się nie zmieniłaś….- wybuchliśmy śmiechem.
- No to co chciałeś mi wczoraj powiedzieć?- zapytałam
przypomniawszy sobie naszą wczorajsza rozmowę
- Ymmm… No właśnie.- chwycił teczkę i położył się obok mnie-
Pamiętasz, że mieliśmy się pobrać?- zapytał
- Harry ale…- zaczęłam
- Poczekaj. Wiem, że była u Ciebie Rosie i wybrałyście
suknię. Wiem o tym bo sam ją o to porosiłem…- skrzywił się a mi zaczęło się
wszystko nagle układać w głowie- No i wczoraj byłem z chłopakami i Gemmą po
garnitur. Nie myśl Em, że ja zrezygnuję z Ciebie i z tego małżeństwa. Nie ma
mowy. Chcę się z Tobą ożenić i dlatego przyniosłem to.- otworzył teczkę i moim
oczom ukazało się wiele ulotek domów weselnych.
- Harry chyba nie sadzisz, że mnie wypuszczą stąd ot tak
sobie.- powiedziałam myśląc, że chłopak oszalał ze szczęścia
- No właśnie dlatego tu jestem i pójdę do Twojego lekarza by
wszystko załatwić- uśmiechnął się- Zgadzasz się na cos takiego?- zapytał
- Oczywiście głuptasie- pocałowałam jego dłoń- Tylko kiedy?-
- Jak najwcześniej. Chciałbym aby to była ta sobota lub
niedziela…- wyszeptał
- Co?! To już za…- skoro dziś jest czwartek to już za…- to
za dwa lub trzy dni!- spojrzałam na niego- Przecież to się nam nie uda…-
- Nie ma rzeczy niemożliwych skarbie- podniósł się- Idę
teraz do Twojego lekarza by wszystko z nim załatwić a Ty, jak możesz i masz
siłę, przejrzyj tę makulaturę.- kiwnęłam głową, dostałam buziaka i zabrałam się
za przeglądanie tego.
Nie wierzyłam w to, że za kilka dni miałam stać się Panią
Style’s.
Uff…. To co najgorsze to chyba już za mną- pomyślałem
opuszczając jej salę- Zgodziła się a więc połowa sukcesu za mną. Oby tylko
lekarz był przychylny mojemu pomysłowi…
- O witam Pana Panie Styles!- doktor podał mi rękę. Czułem
się całkowicie swobodnie w jego gabinecie….- Przyszedł Pan porozmawiać o stanie
Pańskiej narzeczonej?- zapytał szukając jej karty
- Właściwie tak, chociaż nie do końca- powiedziałem
- Nie do końca? Co mam przez to rozumieć?- zaprzestał
szperania w dokumentach
- Jak Pan sam wie jesteśmy zaręczeni i cóż… Chcemy się
pobrać jak najszybciej, wie Pan nim ona…- to słowo nie chciało przejść mi przez
gardło. Lekarz kiwnął głową- Dlatego przyszedłem się spytać czy Emma mogłaby
opuścić na kilka godzin szpital.-
- Wykluczone. Jest za słaba.- oznajmił tonem nie znoszącym
sprzeciwu
- Ale jak to? Przecież ona mówi, że dobrze się czuje, że
jest w miarę stabilna i ma coraz więcej siły…-
- Wierzy Pan w to? Ona kłamie. Jej wyniki są drastyczne!
Wczoraj nam zemdlała. Może to i prawda, że ma więcej sił niż kilka dni temu ale
to nie zmieni tego, że w jej ciele zaczęły pojawiać się przeżuty- ścięło mnie z
nóg. Zapewne gdybym stał, upadłbym na ten jego czerwony dywan..
- Jak to przeżuty?- zapytałem nie do końca rozumiejąc
- Jej organizm nie ma już siły aby walczyć i w węzłach
chłonnych zaczęły pojawiać się drobne zmiany. To jest normalnie Panie Harry.-
spuściłem głowę w dół. – Musi Pan przyswoić tę myśl, że ona może umrzeć w
każdej chwili…- powiedział spokojnie jakby go w ogóle to nie ruszało.
Spojrzałem na niego
- Dlatego właśnie chcę się z nią pobrać, nim będzie za
późno. Chcę by nasze dziecko miało chociaż prawdziwego ojca…- rzekłem czując w
oczach łzy- Proszę nam pozwolić.. Tutaj chcemy się pobrać w tej katedrze obok
szpitala…. Jest Pan zaproszony. Niech Pan weźmie kilku ratowników, nie wiem
lekarzy i jak coś by się działo zabierzecie ją. Proszę.-
- Kiedy i gdzie?- zapytał łagodnie się uśmiechając
- Naprawdę?- zapytałem a mój poziom szczęścia podniósł się raptownie
do góry. Lekarz kiwnął głową- Kiedy i gdzie? Powiem Panu za kilka godzin tylko
musimy wszystko załatwić. Dziękuję!- krzyknąłem i najszybciej jak potrafiłem
opuściłem jego gabinet. Wbiegłem do jej Sali, z uśmiechem na twarzy ale jej tam
nie było.
- Em?- zapytałem ale odpowiedziała mi tylko pustka
I znów to samo. Tylko tym razem zwrot całego śniadania.
Usłyszałam przestraszony głos Hazzy ale nie miałam siły by się odezwać.
Przemyłam twarz i pochyliłam się nad umywalką. Czułam się gorzej niż kilka dni
temu. Dlaczego akurat teraz?
- Em?!- chłopak zaczynał powoli wpadać w szał. Cielątko
niech zauważy że jest tutaj też łazienka….- EM?- zajrzał do toalety. Spojrzałam
na niego pośpiesznie spuszczając wodę w sedesie- Wszystko dobrze?- złapał mnie
za rękę i odprowadził na łóżko
- Mam przeżuty.- powiedziałam przykrywając się kołdrą.-
Powiedzieli mi wczoraj. Dlatego chcesz tego ślubu tak?- zapytałam z oczami
pełnymi łez
- Nie Em. Chcę tego ślubu bo Cię kocham, chcę tego bo chcę
by nasz maluszek miał pełną rodzinę, chcę tego bo tak miało być- przytulił mnie
- Mogę nie przeżyć porodu- przełknęłam ślinę- Prawdopodobnie
będą chcieli go w jakiś sposób wcześniej wywołać abym mogła sama urodzić. W
ostateczności zrobią cesarkę.- spojrzałam na niego. Nie był tym samym chłopakiem
którego poznałam dawno temu. Strasznie schudł, zbladł, oczy… Oczy, z których
niegdyś mogłam wyczytać wszystkie emocje nim rządzące znikły za bladą poświatą
łez.- Nie płacz. Będzie dobrze- załapałam go za rękę
- Ale Em… Chcę abyś wiedziała, że…-
- Ciii…. Nie żegnaj się jeszcze ze mną. Jeszcze tu jestem.
Zgodził się?- zmieniłam raptownie temat. Kiwnął głową- No to czas załatwić
miejsce a następnie powiadomić gości- uśmiechnęłam się i otarłszy mu łzy
przeszliśmy do sedna sprawy- ślubu.
Po około dwugodzinnym buszowaniu w ulotkach mieliśmy
wszystko załatwione. Kościół, miejsce, menu, fotografa…. Nie wiedziałam, że to
wszystko można było tak szybko załatwić. Sobota, 16.00 kościół Westminsterski-
to właśnie tego dnia miało się odmienić nasze życie…
Około 13.00 przyszedł lekarz i Harry poinformował go co do
miejsca i czasu naszego ślubu. Zeszliśmy na dół do stołówki i zjedliśmy smaczny
jak na szpitalne jedzenie obiad. Potem przyszedł czas na dzwonienie do gości.
Harry załatwiał tych ze swojej strony a ja tych ze swojej. Właściwie musiałam
zaprosić tylko Crisa i Jess… Tak to nie miałam nikogo….
* rozmowa*
- Cześć Cris!- powitałam chłopaka z którym już tak długo się
nie widziałam
- Emma?!- zapytał z niedowierzaniem- Miło, że jednak
pamiętasz o swojej rodzinie. Mów co u Ciebie!-
- Właściwie to dzwonię by poinformować zarówno Ciebie jak i
Jess, że wychodzę za mąż- wyjaśniłam będąc dumna, że w końcu mogę wypowiedzieć
głośno te słowa
- Co?!- krzyknęli niemal jednocześnie- Jak to za mąż?!-
pisnęła Jess. Czyli byłam na głośnomówiącym…- Kiedy? Gdzie?-
- Niespodzianka co? W sobotę o 16.00 w kościele
Westminsterskim. Chciałabym abyście przyjechali. Będziecie mogli?- zapytałam
pełna nadziei
- Jasne siostra! My nie
moglibyśmy przegapić takiej okazji! Dlaczego dzwonisz dopiero teraz?-
- Bo ustaliliśmy to zaledwie kilka godzin temu- uśmiechnęłam
się sama do siebie. To naprawdę było zwariowane.
- Jesteś w ciąży?- zapytała Jess
- A i tak, jestem- powiedziałam dumnie
- To wszystko jasne.- zaśmiała się- Skoro decydujecie się na
ślub to albo ciąża albo umierasz..- usłyszałam ich śmiech ale mi jakoś nie było
do śmiechu…
- To też Jess… wiem, że was nie poinformowałam ale jestem
chora na białaczkę- wypaliłam
- Co?!- krzyknął Cris- Jak to?!- zapytał wściekle.
Opowiedziałam im wszystko, z każdym najdrobniejszym szczegółem… Słyszałam
szloch Jess… Było mi głupio, że dopiero teraz ich o tym informuję….- Przecież
wiesz, że możesz nam o wszystkim mówić- powiedziała dziewczyna z żalem
- Wiem Jess ale… Ale to było takie zamieszanie, że naprawdę,
nie pomyślałam wtedy o tym.-
- Dobrze, że chociaż teraz nam o tym mówisz…- powiedział
Cris. Porozmawialiśmy jeszcze trochę dosłownie o niczym i w końcu
stwierdziliśmy, ze będzie więcej czasu w sobotę. Rozłączyłam się i spojrzałam
na Harolda.
- Miał być mały ślub a nagle zrobiło się około 60 osób..-
- Harry…- spojrzałam na niego- Skoro to mają być nasze
ostatnie chwile to zróbmy ślub z hukiem.- spojrzałam na niego widząc już
nagłówki w gazetach: ,, Najmłodszy członek One Direction okazał się najbardziej
dojrzały. Już w sobotę bierze ślub!’’
- Naprawdę tego chcesz?- zapytał- Wiesz, ze to będzie
naprawdę niezły huk-
- Tak, chcę tego Harry- uśmiechnęłam się nie mogąc doczekać
się już soboty.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej! Zgodnie z obietnicą dodaję dzisiaj kolejny rozdział bo spisałyście sie na medal!
Odnośnie tego usunięcia bloga to nic nie jest pewne.
Jest mi przykro, że takie osoby są w moim środowisku ale nic nie poradzę na to prawda?
A teraz spadam robić ciasto! Odezwę się potem! :)





